*
jestem tylko człowiekiem
krwawię, gdy upadam
jestem tylko człowiekiem
rozbijam się i rozpadam
twoje słowa w mojej głowie
twoje noże w moim sercu
podnosisz mnie
a potem się rozpadam
bo jestem tylko człowiekiem
* * *
Może
Dawid ma rację? Może rzeczywiście jestem trochę szczęśliwsza? Zupełnie inna niż w Niemczech. Inna.
Szczęśliwsza. Lepsza? W Titisee byłam na etapie swojej samolubnej ucieczki donikąd.
Całkowicie wystraszona i niepogodzona ze wszystkimi porażkami udawałam, że
sobie radzę. Byłam zdystansowana i chłodna; zachowywałam kamienną twarz, pod
którą ukrywałam, jaka tak naprawdę jestem słaba. Uśmiechałam się tylko wtedy,
gdy ktoś patrzył. Zachowywałam pozory. Odgradzałam się od wszystkich szczelnym
murem. Starałam się uniknąć tego, czego dokonał Morgenstern.
Przez
całe życie walczyłam, aby być silną, niezależną, pewną siebie kobietą i
zawodniczką, która wie, czego chce i która twardo stąpa po ziemi, depcząc
każdą, stającą na drodze przeszkodę. Byłam twarda. Cały czas starałam się
udowadniać, że jestem silna i niezależna. Ale ludzie to wykorzystywali.
Uczynili ze mnie maszynę bez uczuć, której jedynym celem jest wygrywanie.
Ranili, atakowali z każdej strony. Bezmyślnie zadawali ciosy, aby sprawdzić,
czy rzeczywiście jestem taka niezniszczalna. Czy ta twarda Kornelia, naprawdę
tak dobrze radzi sobie ze wszystkim? Radziłam sobie. Ale tylko dlatego, aby nie
dać im satysfakcji.
Właśnie
przez takich ludzi zaczęłam budować mur. Aby nikt nigdy nie zobaczył tych ran,
łez i braku oddechu, gdy ucieczka stawała się męcząca.
A
potem pojawił się On.
Thomas
cegła po cegle rozbierał tak starannie budowane ściany. Bardzo powoli skracał
ich wysokość, wpuszczając do mojego świata pierwsze promienie początkowo
złudnej nadziei, że gdzieś tam, za tym murem jest ktoś, kto może mnie
zrozumieć. Z każdym dniem przedostawał się coraz bardziej. Zmniejszał nie tylko
dzielący nas dystans, ale i strach przed tym, co znajduje się za tą grubą
granicą. W zamian budował silne, stabilne zaufanie. A potem mur runął i Thomas
ujrzał to, czego tak starannie broniłam przez cały ten czas – moją słabość,
strach, kruchość i bezradność.
Ci,
którzy znali mnie lepiej wiedzieli, że jak każdy, mam swoje pęknięcia. Wstydziłam
się ich. Czułam się z nimi niepiękna, niedoskonała, szpetna. Ale tylko przed
nim je odsłoniłam. Tylko on mógł ich dotknąć. I tylko jemu pozwoliłam spróbować
je naprawić. Odsłoniłam przed nim wszystko. Każdy najmniejszy strach i lęk,
każdy niepokój, niepewność… Wskazałam miejsca, w których odczuwałam ból. Wypuściłam
łzy, przestałam zaciskać zęby, rozluźniłam pięści. Już nie byłam tą maszyną,
która wstrzymuje wszystkie emocje. Byłam sobą. Przestraszoną, zagubioną,
bezradną Kornelią, która też czasem ma dosyć. Która płacze, która krwawi, która
potrzebuje, aby ktoś ją pozbierał.
Która
też jest tylko człowiekiem.
Zobaczył
mnie taką, jaka jestem naprawdę. Zdjęłam maskę pozorów, zrzuciłam ciężar
kłamstw. Stanęłam przed nim zupełnie bezbronna, jedynie trzymając w rękach
nadzieję, którą sam mi dał. I przyjął mnie. Z każdą moją słabością, z każdym
ubytkiem, przez które uważałam siebie za gorszego człowieka. Nie byłam gorsza.
Ja po prostu nie byłam na tyle odważna, aby zaakceptować swoje wady, dopóki
ktoś inny nie zrobił tego za mnie.
Tak,
jestem szczęśliwsza. Przez to odrobinę inna. I jestem lepsza. Przynajmniej przy
nim tak właśnie się czuję. Czy to nie wystarczy? To przez niego uśmiecham się,
gdy rozsuwam rano zasłony. Nawet jeśli niebo spowite jest szarymi chmurami, a
po szybach ciekną krople deszczu. To przez niego nie mam ochoty roztrzaskać
swojego odbicia. Zamiast tego śmieję się do siebie, gdy zauważam dwie różne
skarpetki na stopach. Wciąż jestem największą idiotką świata, wiem. Ale jemu to
nie przeszkadza.
Chyba
wpakowałam się w najbardziej porąbany układ świata z kompletnym durniem.
*
* *
-
Pchaj!
-
No przecież pcham!
-
Pchaj mocniej!
-
Ale żeby tak w miejscu publicznym?
W
tym samym momencie podnieśliśmy głowy i spojrzeliśmy na Manuela, po którego
ustach błąkał się brudny uśmieszek. W tym samym momencie też kazaliśmy mu spadać
i wróciliśmy do wyjątkowo niewspółpracujących butów narciarskich Thomasa.
-
Rozsznuruj jeszcze trochę – podpowiedział Fettner, kucając obok. – Łatwiej
wejdzie – dodał, poruszając znacząco
brwiami.
Litości!
-
A co ja ci mówiłem?
Nabrałam
powietrza w płuca i uniosłam wzrok na Morgensterna, który uśmiechnął się tak
szeroko, że z oczu zrobiły mu się dwie wąskie kreski. Westchnęłam i pociągnęłam
za sznurówki, dzięki czemu kolejna próba obucia Thomasa zakończyła się
sukcesem. Jeszcze tylko druga noga…
-
Dajesz, księżniczko. – Otarłam czoło przedramieniem i wyciągnęłam spod krzesła
drugiego buta. – Tylko szybko i bezboleśnie, bo nie ma czasu.
-
Nela, ty świntuchu - mruknął niskim, głębokim głosem, posyłając mi filuterny
uśmieszek. – Nie znałem cię od tej strony.
Gdybym
mogła, to naprawdę, ale to naprawdę trzasnęłabym go tym butem po głowie i
zaczęła liczyć gwiazdy wokół thomasowej głowy. Zamiast tego musiałam znieść
głupkowaty wyraz twarzy, której uwielbiałam każdy centymetr. Cóż, to działało w
dwie strony. Brałam go z każdym jego skrzywieniem.
-
Masz moje rękawiczki?
-
Myślałam, że ty je masz.
Uniósł
brwi, a kącik ust lekko mu zadrgał, podczas gdy ja poczułam oblewający mnie
zimny pot. Rękawiczki. Czarne z austriacką flagą na palcach. Wiem, że mignęły
mi gdzieś podczas wypakowywania sprzętu, ale… O cholera, gdzie moja
mikrofalówka? Tfu! Krótkofalówka! Trzeba wstrzymać ruch, nie mamy rękawiczek!
-
Błagam, powiedz, że sobie żartujesz… - wypowiedziałam wolno i wyraźnie,
starając się jeszcze na chwilę zachować resztki samokontroli i odkładając w
czasie wszczęcie paniki.
-
Oczywiście, że sobie żartuję.
Wyciągnął
rękawiczki spod tyłka i uśmiechnął się głupkowato. I gdy tak patrzyłam na niego
z dołu, kompletnie nie wiedząc, czy pierw przegryźć mu tętnicę, czy ukręcić
łeb, przytknął palec wskazujący do mojego czoła i delikatnym pchnięciem
sprawił, że dupnęłam o podłogę. Rozłożyłam bezradnie ręce i popatrzyłam na
niego z tak nieszczęśliwą miną, co by mu wyrzuty sumienia chociaż jedno ucho
odgryzły. Wydął dolną wargę z najbardziej nieszczerą skruchą, po czym
uśmiechnął się z chłopięcą niewinnością. Właśnie tak uśmiechał się w momentach,
gdy robił coś głupiego, po czym miałam ochotę zrobić mu jakąś krzywdę.
Zazwyczaj mu ulegałam.
Westchnęłam,
bo mnie słabość do niego już bierze i rozejrzałam się po pomieszczeniu, z
którego wciąż ubywało skoczków. Uśmiechnęłam się do przechodzącego obok Velty i
przybiłam piątkę zmierzającemu na belkę Stefanowi. Jeszcze raz obrzuciłam
spojrzeniem oblepione plakatami i zdjęciami ściany z tym samym zaciekawieniem,
co poprzedniego wieczora. Zupełnie bezwiednie sunęłam po otoczeniu wzrokiem,
dopóki nie zorientowałam się, że już kilkukrotnie skrzyżowałam go ze
spojrzeniem siedzącego w rogu pokoju skoczka.
Spokojne
i głębokie spojrzenie Richarda Freitaga było krępujące. Sprawiało, że od razu
odwracałam speszony wzrok, który, mimo usilnych starań, wciąż i wciąż powracał
na jego twarz. Górę nade mną brała ciekawość. To był już kolejny raz, gdy
czułam na sobie jego ciężkie spojrzenie, do którego częstym dodatkiem był
bezczelny uśmiech, delikatnie unoszący kąciki jego ust. Tak jak teraz. Ściągnęłam
brwi, po raz kolejny dając mu do zrozumienia, że nie rozumiem, naprawdę
szczerze nie chwytam, o co mu chodzi. A on zaśmiał się i opuścił wzrok na
kolana. Dosłownie dwie sekundy później
koło nosa przeleciała mi dłoń Morgensterna.
-
Chodź, będziemy się zapinać.
*
* *
potrafię się dobrze nastawić
być maszyną
mogę dźwigać na ramionach ciężar całego świata
jeśli tego właśnie potrzebujesz
*
* *
Nie
lubię mieszanki niepokoju z nadzieją. To takie ściskające w dołku uczucie,
które spina każdy mięsień i oblewa dłonie zimnym potem. W efekcie zazwyczaj
zostaje mi po nim potężne rozczarowanie i ból brzucha.
Po
prostu chodzi o Innsbruck. I o tatę. O tatę, który mieszka w Innsbrucku, o.
Gryzie mnie myśl, że on tutaj po prostu jest. Siedzi w swoim ukochanym
mieszkaniu na Falkstrasse, brzdąka na starej gitarze i obserwuje przez okno
pociągi. A może jest teraz w pracy? Ubabrany smarem oddaje się swojej wielkiej
miłości i zagląda pod maskę wymarzonego samochodu, który należy do jakiejś
austriackiej szychy, i właśnie z rozbawieniem stwierdza, że płyn hamulcowy się
skończył?
A
co, jeśli przyjdzie na konkurs? Albo przyszedł już teraz, na kwalifikacje? Lubi
skoki. Zawsze lubił. I zawsze też starał się przychodzić na trzeci z czterech
konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Dlaczego miałabym sądzić, że i w tym roku
tego nie zrobi? Stąd ten niepokój, że możemy się spotkać.
A
skąd ta nadzieja?
-
Uwaga, uwaga, Manuelcio zakwalifikował się do konkursu!
Chwalmy
Manu, który pojawił się w dobrym momencie. Przesunęłam się na ławce, a ten
wcale ostrożnie oparł swoje Fluege.de o domek i usiadł obok. A potem
bezceremonialnie zabrał mi nakrętkę od termosu i zaczął siorbać herbatę.
Powiedzieć
mu, że to Michiego?
-
Manuelcio przestawi narty, jeśli chce mieć jutro na czym skakać.
-
Skąd ta nerwowość? Skąd ta opryskliwość?
-
Z serca, mój Pinokio, z serca.
Uwielbiam
Fettnera. Nawet w tym pedalskim kasku od Mannera.
-
Sama jesteś pedalska.
-
No właśnie!
Przepraszam
bardzo, a kto Freunda o zdanie pytał? No jasne, jeszcze Kubackiemu
przetłumaczcie, że wygląda jak palant, a prosiaczkowy pasuje tylko Diethartowi.
Właśnie, skoro chłopak tak dobrze w Turnieju się spisuje, to może mu sponsora
zmienią?
-
Koflero to chociaż sobie płomienie domalował… - westchnęłam, klepiąc Manuela po
kasku.
Pomarudził
pod nosem, po czym stwierdził, że mu zimno i oddając mi herbatę, schował się do
domku.
To
na czym ja skończyłam? Aha, nadzieja. Nadzieja, że jednak zobaczę tatę i będę
miała szansę powiedzieć mu chociaż głupie ‘cześć’. I wystarczyłoby mi, aby jedynie
odpowiedział na przywitanie. Tylko tyle. Zawsze to jakiś początek, prawda?
Oparłam
głowę o domek i przymknęłam oczy. Chyba sama sobie nie wierzę, że na tej
płaszczyźnie cokolwiek może się zmienić. Uwzględniając oboje rodziców.
Obróciłam
się w lewo i blady uśmiech jakoś mimowolnie wyrósł mi na ustach, gdy dostrzegłam
Morgensterna. Nie był sam. Obejmował swoją mamę, która dołączyła do męża w
Innsbrucku, i kiwał głową, słuchając ojca. Byli wspaniali; tak, jakby czas się
dla nich zatrzymał. Wszyscy dookoła biegali, na skoczni wciąż trwały
kwalifikacje, z których Thomas zrezygnował, a oni tam po prostu stali,
rozmawiali i było tak, jakby poza tymi kilkoma wspólnie spędzonymi chwilami nic
się dla nich nie liczyło. I mogłabym patrzeć na nich bez końca, a ich widok
chyba nie mógłby mi się znudzić. Tylko wokół serca wciąż narastał ten okropny
żal, że nigdy nie poczuję tego samego.
Jak nie spróbujesz,
to się nie dowiesz…
Morgenstern,
zabiję cię…
-
Co znowu zrobiłem?
-
Powiedziałam to na głos?
Stał
nade mną i z politowaniem kręcił głową. Wywróciłam oczami, patrząc w miejsce, z
którego tak nagle się przemieścił i siląc się na uniesienie kącików ust,
pomachałam pani Morgenstern. Cała rozpromieniona uśmiechnęła się ciepło i
odwzajemniła gest. Cholera, ona tak we mnie wierzy…
-
Thomas, pamiętasz, co mi powiedziałeś w Seeboden? – Zerknęłam na niego,
zatrzymując go w momencie, w którym chciał wejść do domku.
-
Coś o nietolerancji laktozy?
-
Nieee?
-
Nie wiem, Nela. Ja dużo rzeczy gadam.
-
Niekoniecznie mądrych…
-
Słucham?
-
Ale nie w tym przypadku! Wtedy ci się udało! – Uniosłam ręce w geście obronnym,
gdy spojrzał na mnie dość sceptycznie zza przymrużonych powiek. Westchnęłam. –
Pamiętasz, jak mówiłam ci o tym, że mój ojciec mieszka w Innsbrucku, prawda? –
Kiwnął głową i nagle wyraźnie się zainteresował. – Powiedziałeś, żebym się z
nim spotkała, gdy tu będziemy, a ja kazałam ci puknąć się w głowę, bo to nie
jest dobry pomysł.
-
Bo w rzeczy samej pomysł jest genialny – wytknął, krzyżując ramiona.
-
Cicho! Chodzi mi o to, że… Że… - I tu zabrakło mi słów, aby przyznać się przed
samą sobą, że jestem w stanie wykonać pierwszy krok. I aby pokazać mu, jak
bardzo jestem przerażona. – Tak, to jest dobry pomysł.
Uniósł
kącik ust. Nie był to znany mi uśmiech odniesionego nade mną – kolejnego –
triumfu. Raczej uśmiechał się tak, jak ludzie uśmiechają się wtedy, gdy ktoś
podejmie dobrą decyzję.
-
Wiedziałem, że tak będzie.
-
Co?
-
KOFLER! Zatankowałeś tak, jak ci mówiłem?!
*
* *
-
To tutaj?
Auto
się zatrzymało, a mój żołądek skurczył się do mikroskopijnych rozmiarów.
Uniosłam wzrok na wyrastającą za szybą tak znaną mi kamienicę i pokiwałam
głową.
-
Tak, to tutaj.
Jeszcze
mogę się wycofać. Jeszcze mogę krzyknąć na wtajemniczonego we wszystko Koflera,
aby wcisnął gaz do dechy i zabrał nas z powrotem do hotelu. Wiem, Thomas za
samo to przytrzasnąłby mi głowę klapą od bagażnika.
Boję
się i wiem, że całkiem słusznie. Nie rozmawiałam z ojcem od ponad pół roku. Nie
widziałam go przez drugie tyle. Tak nagle ograniczyliśmy nasz kontakt do
zaledwie sporadycznych telefonów, aż w końcu całkowicie się urwał. Moja
ucieczka też niczemu nie pomogła, wręcz przeciwnie. Zaczęliśmy żyć na zasadzie,
że to drugie gdzieś po prostu jest. I tyle. Obojgu przestało zależeć, każde
żyło swoim życiem - On tym nowym w Innsbrucku, ja tym, w którym było miejsce
tylko na łyżwy. I może przez długi czas nie zauważałam tego rosnącego między
nami dystansu. Może te krótkie przyjazdu do Austrii, gdy byłam nastolatką,
jakoś jeszcze wiązały naszą relację, ale potem… Nie chciałam, aby czuł się
odrzucony przez moją karierę. Chciałam, aby był i mnie wspierał. Wyszło, jak
wyszło. A teraz mam stanąć w jego drzwiach. Właściwie nie wiem, co tak naprawdę
chcę mu powiedzieć.
-
Hej, w porządku?
Opuściłam
wzrok na Thomasa i resztkami silnej woli powstrzymałam się przed pokręceniem
głową.
-
No to śmigaj, poczekamy.
Żeby
to było takie proste. Zacisnęłam wilgotną dłoń na klamce, wciąż walcząc sama z
sobą. Chcę, naprawdę chcę to zrobić, ale jednocześnie jestem przerażona.
-
Idź, Nela – odezwał się Kofler. – Co ci szkodzi?
Istnieją
dwie opcje: rozczarowanie, albo nowy początek. Jedno z tych dwóch czeka na mnie
tam na górze. Nie mam tylko odwagi, aby to sprawdzić.
-
Jeśli chcesz, to mogę za ciebie nacisnąć domofon.
Tłumacząc
z języka Morgensterna: wysiadka, zaraz dostaniesz motywacyjnego kopa w zadek.
-
Wydawało mi się, że jesteś co do tego przekonana - zaczął, gdy tylko odeszliśmy
kawałek od samochodu w kierunku klatki. Wzruszyłam ramionami.
-
Bo jestem…
-
Ale?
-
A co, jeśli się nie uda?
Wywrócił
oczami i oparł się ramieniem o ogromne, drewniane drzwi. Było ciemno, a i tak
widziałam błąkające się po jego twarzy rozbawienie.
-
Ogólnie nie lubię się powtarzać, ale jak nie spróbujesz…
-
… to się nie dowiem. Tak, wiem.
-
No to już. Który numer mam wybrać?
Mimowolnie
roześmiałam się, gdy obrócił się w stronę domofonu.
-
Thomas?
-
Nie wejdę z tobą na górę, zapomnij.
-
A jak on nie będzie chciał ze mną rozmawiać? Tak jak przez ostatnich kilka
miesięcy? – Spytałam z utkwionym w plecach Thomasa wzrokiem, który szybko
odnalazł jego spojrzenie. – Co wtedy?
-
A jeśli bał się odezwać pierwszy tak, jak ty? – skontrował. – Nie ma co nastawiać
się na wpadanie w ramiona i łzawe powroty, ale chociaż spróbuj. Idź tam,
powiedz mu ‘cześć’ i zapytaj, co u niego. Nie wiem Nela, nie byłem nigdy w
takiej sytuacji, ale jedyne, co teraz mogę zrobić, to kazać ci tam pójść i
pokazać tatuśkowi, jaką ma mądrą i odważną córkę.
-
Mądrą i odważną… - prychnęłam, uciekając spojrzeniem w bok. Szybko jednak
złapał mnie za ramiona i naprowadził mój wzrok na swoją spokojną twarz.
-
A nie? Nela, wariatko, stoimy tutaj tylko dlatego, bo podjęłaś decyzję. Nie
wpadłbym na to, by namawiać cię do czegokolwiek.
Mówiłam,
że to zrobi? Że da mi takiego kopa, po którym zacisnę pięści, kiwnę głową i
przełożę zamiary w czyny?
Byłam
bliska ucałowania jego zimnego policzka, gdy drzwi od klatki otworzyły się i
stanęła w nich niska staruszka. Zmierzyła nas zdziwionym spojrzeniem i poszła w
swoją stronę. Zerknęłam na podtrzymującego drzwi Thomasa i wzięłam głęboki
wdech.
-
‘No dajesz, księżniczko’.
Przyspieszone
bicie serca odbijało się w mojej głowie równomiernym rytmem. Miałam wrażenie,
że zaraz samo wyrwie się z mojej klatki piersiowej i zapuka do drzwi, na
których mieniła się złota dziewiątka. Już po raz piąty zacisnęłam dłoń i
zbliżyłam pięść do jasnego drewna i po raz piąty ją opuściłam. Nie mam
ułożonego scenariusza. Wciąż nie wiem, co mu powiem. Ale muszę, a przede
wszystkim chcę po prostu go zobaczyć i przypomnieć mu, że wciąż istnieję.
Zapukałam
i od razu zrobiło mi się niedobrze. Nie wiem, jak długo czekałam, czas nagle
uległ zakrzywieniu. Wszystko wydawało się takie niewyraźne, aż do momentu, w
którym usłyszałam po drugiej stronie drzwi kroki, a po korytarzu rozniósł się
dźwięk przekręcanego zamka.
A
potem cała zmartwiałam, nie czując nic od stóp po czubek głowy, którą musiałam
zadrzeć, aby spojrzeć w zmęczone, brązowe tęczówki taty.
-
Kora…
Jakub
Kubiak stał przede mną w całej swej liczącej ponad sto osiemdziesiąt
centymetrów okazałości. Szczupły, może aż za bardzo, w białym podkoszulku i
dresowych spodniach, stał w progu swojego austriackiego mieszkania i chyba nie
do końca wierzył. Tak, jak i ja.
-
Cześć, tato – wydusiłam przez związane gardło. W końcu utkwił dotychczas
rozbiegane spojrzenie w mojej twarzy i nigdy, nigdy nie widziałam w czyichś
oczach takiej bezradności. Nieporadnie ułożyłam usta w uśmiech, jakby miało nam
to dodać odwagi.
Kurczę,
dodało.
-
Cześć.
Niewiele
się zmieniło. Może jedynie kolor ścian w małej kuchni, które w mojej pamięci
były jasnozielone, a teraz mają ciepłe odcienie beżu. Wciąż ten sam stół z
dwoma krzesłami, przezroczysta tarcza zegara nad wejściem i brak firanek w
oknach. Wciąż ten sam tata, napełniający czajnik wodą i wyjmujący z szafki dwa
kubki.
Milczący.
Krzesło,
nie jest wygodne. Nie tak, jak kanapa w pokoju taty, na której zawsze jedliśmy
obiady i kolacje, oglądając filmy lub mecze. Z utęsknieniem spojrzałam w
kierunku, z którego dochodziły dźwięki telewizora, po czym znów przeniosłam
wzrok na ojca. Nic się nie zmienił. Sięgające za ucho ciemne włosy, liczący
kilka dni zarost… Wciąż jest dość przystojny i na pewno nie wygląda na kogoś,
kto za dwa miesiące skończy czterdzieści trzy lata. Gdyby postawiono nas obok
siebie, można byłoby uznać nas za rodzeństwo.
-
Nie spodziewałem się gości… - mruknął cicho, stawiając na stole cukierniczkę.
-
Nie spodziewałeś się mnie.
Zastygł
na moment z ręką wyciągniętą ponad stołem i spojrzał na mnie w sposób, który
najzwyczajniej odebrałam jako chwilowe zawstydzenie. Szybko jednak odwrócił się
w stronę kuchenki. Ciszę przerywał jedynie szum czajnika i uderzanie palcami o
blat.
-
Co robisz w Innsbrucku?
-
Jestem w pracy.
Pokiwał
głową i znów zamilkł, skupiony na gotującej się wodzie.
-
Co u ciebie? – Zadanie tak prozaicznego i głupiego pytania było jedynym
ratunkiem w całej tej niezręczności. Tata pokiwał głową i rzucił krótkie ‘żyję’.
Nie odwdzięczył się tym samym, nawet na mnie nie spojrzał. Czy mnie to obeszło?
Nie. On nigdy nie był dobry w te klocki. Tak jak i ja.
Postawił
kubki na stole i usiadł naprzeciwko. Sentymentalny
dupek. Gdy miałam szesnaście lat po raz pierwszy odwiedziłam tatę w
Innsbrucku. Chciał, abym przyjeżdżając do niego miała na miejscu swoje rzeczy,
więc dzień wcześniej pobiegł do sklepu. Kupił mi kubek. Zwykły, kolorowy, z
moim imieniem i wymalowanymi dookoła słoniami. „Uwielbiałaś je, gdy byłaś mała”. To była moja pierwsza rzecz w
jego mieszkaniu. Nie sądziłam, że wciąż go ma.
-
Słyszałem, że już nie jeździsz.
Oderwałam
wzrok od naczynia i przeniosłam go na tatę. Od razu zajął się własną herbatą,
uciekając spojrzeniem na kolorową ceratę.
-
Śledzisz moją karierę?
-
Po prostu twoja matka do mnie dzwoniła.
Uniosłam
brwi w ogromnym zdziwieniu. Dzwoniła do niego? Ona? Sama z siebie wzięła
telefon i wybrała numer do byłego męża?
-
Powiedziała, że dałaś nogę – wyjaśnił krótko i takim tonem, jakby w ogóle nie
obszedł go fakt, że zadzwoniła do niego.
– Myślała, że może postanowiłaś przyjechać do Innsbrucka.
-
Skutecznie go do tej pory omijałam.
-
Wcale ci się nie dziwię.
Zacisnęłam
palce na kubku, resztkami zdrowego rozsądku powstrzymując się przed rzuceniem
nim w ojca. Jest tak fałszywie opanowany i znudzony, że mam ochotę wstać, chwycić
go za ramiona i mocno potrząsnąć, byleby okazał choć cień jakiejś emocji,
cokolwiek.
-
Bo niby dlaczego miałabyś chcieć tu przyjechać? – spytał chyba bardziej siebie,
niż mnie i pokręcił głową. – Nie miałaś powodów, aby tu przyjeżdżać, Kora… więc
nie przyjechałaś.
Sunął
palcem po krawędzi swojego kubka, skupiony na tej czynności bardziej, niż na
zebraniu się w sobie i spojrzeniu mi w oczu.
Do
momentu…
-
To dlaczego jesteś tu teraz? – Podniósł głowę i wlepił we mnie dociekliwe
spojrzenie, przepełnione bólem i żalem. Pokręcił głową, kompletnie bez
zrozumienia. – Co tu robisz?
-
Mówiłam ci, jestem w pracy.
-
Nie. Co robisz TUTAJ? Dlaczego do mnie przyszłaś? Po co?
Wzruszyłam
delikatnie ramionami.
-
Bo ty nie przyszedłeś do mnie.
Wyraźnie
zacisnął szczęki. Cokolwiek w nim się dzieje, ma prawo rozegrać się na moich oczach.
Boli. Ale nie tylko jego. W tym układzie jest nas dwoje. Córka i ojciec, którzy
nie potrafią być dla siebie nawzajem.
-
Nawet nie wiem, co się stało… - zaczęłam cicho. – Odsunąłeś się, z każdym
tygodniem było coraz mniej ciebie w moim życiu, aż w końcu zniknąłeś. Nie
rozumiem tylko dlaczego… Wiem, nie jestem tutaj bez winy, bo mogłam cię jakoś
zatrzymać, ale ty chyba nawet tego nie chciałeś. Przez długi czas wierzyłam, że
to przez łyżwy i to, co mi powiedziałeś, gdy wyjeżdżałeś, ale teraz już nic nie
wiem… To przeze mnie?
Opuścił
głowę niczym ostatni winny, ale mimo to zaprzeczył.
-
Więc co? Co się stało?
-
Kora, nie zrozumiesz.
-
Nie mam już czternastu lat! – Podniosłam głos. – Czego nie zrozumiem? Że uznałeś, że bez
ciebie będzie mi lepiej? Czy może na odwrót? Że to tobie będzie wygodniej na
dobre zostawić wszystko w Polsce i już do tego nie wracać? Czyim dobrem
sugerowałeś się wtedy, gdy postanowiłeś usunąć się z mojego życia?
Wszystkie
te pytania zawisły nad stołem, dołączając do gęstej, przepełnionej żalem i
poczuciem winy atmosfery. Nie uzyskały odpowiedzi.
-
Nie wiem, co ci powiedziała… - kontynuowałam spokojniej, obserwując jak zaciska
szczęki, gdy wspomniałam o jego rozmowie z mamą. Nieustannie wbijałam w niego
wzrok z nadzieją, że znów na mnie spojrzy. – Pogubiłam się. Dziadek zmarł, a ja
zostałam sama. Sama, rozumiesz? W jednym z najtrudniejszych momentów swojego
życia, nie miałam jak zwrócić się do własnych rodziców o pomoc. Ona nie chciała
rozmawiać o niczym innym, niż łyżwy. A ty? Skoro odsunąłeś się, to jak miałam
poprosić cię o to, abyś przyjechał i po prostu przy mnie był? Jak miałam cię
potrzebować, skoro ty nie potrzebowałeś mnie? Nawet nie wiesz, przez co
przechodziłam. Wiele razy chciałam do ciebie zadzwonić, ale co bym usłyszała? „Idź pojeździć, nie będziesz miała czasu o
tym myśleć”? To tak nie działa. Zawsze myślałam i zawsze tęskniłam za tobą,
a łyżwy niczego nie zmieniały. Nie potrzebowałam ich, tylko ciebie. Dalej
potrzebuję. I potrzebuję, abyś ty też mnie potrzebował, tato.
Musiałam
wyrzucić z siebie wszystko, co leżało mi na sercu, wypuścić z oczu kilka łez i
pociągnąć nosem, by uniósł na mnie zbolałe spojrzenie. To już coś. Tylko mi
znów nie odpowiadało takie rozklejanie się. Nie przed nim. Chciałam pokazać, że
jestem twarda i mimo wszystko, mimo jego nieobecności, dawałam radę. Bo
musiałam.
-
Nigdy nie mogłem dać ci tego, co chciałem. Nie potrafiłem sprawić, abyś była
tak szczęśliwa, jak wtedy, gdy mama zakładała ci łyżwy na nogi. One dały ci
wszystko to, czego ja w życiu nie byłbym w stanie ci zapewnić. Dzięki nim,
miałaś wszystko. Wszystko.
-
Nie chciałam wszystkiego. Chciałam ciebie.
-
Kora, spójrz na mnie i powiedz, że taki nieudacznik, jak ja, mógłby być dobrym
ojcem dla kogoś takiego, jak ty?
-
A kim ja jestem? To, że udało mi się coś osiągnąć, nie powinno niczego między
nami zmieniać. Wciąż jestem twoją córką. Gdy jeżdżę, gdy wygrywam, gdy
przegrywam… Cały czas jestem tą Korą, z którą lepiłeś bałwana i którą
zabierałeś pierwszy raz do kina. Wystarczyły mi te chwile razem, gdy jedliśmy
pizzę i oglądaliśmy Ligę Mistrzów, aby
być równie szczęśliwą. Naprawdę myślałeś, że to nic dla mnie nie znaczy? Że
jest mi z tobą źle?
-
To były tylko chwile.
-
I uwielbiałam je! Ty pozwalałeś mi oglądać filmy do późna i nie zrywałeś mnie z
rana na trening. Mogłam chodzić cały dzień w piżamie i nikt nie zwracał mi na
to uwagi. Tutaj mogłam na jakiś czas zapomnieć o jeździe i pogadać z tobą o
wszystkim, podczas gdy z mamą rozmawiałam jedynie o treningach i o tym, co
trzeba poprawić, a co nie. Rozumiesz?
Westchnął
i popatrzył na mnie łagodnym wzrokiem. Uśmiechnęłam się blado, czując jak coś
ciężkiego spada mi z serca, gdy lekko kiwnął głową.
-
Dawałeś mi tyle, ile mogłeś, ale niech mnie piorun strzeli, jeśli te wspólne
momenty, nie były jednymi z najlepszych.
Uśmiechnął
się jakoś tak smutno, ale z małym przekonaniem.
-
Ojcem roku nigdy nie będę.
-
Nie ma takiej opcji.
-
Myślałem, że nie znosisz oglądania ze mną meczów.
-
Bo nie znoszę… Ale teraz oddałabym wszystko, by znów usiąść z tobą przed
telewizorem i wysłuchiwać, jak bardzo nie cierpisz Realu.
To
chyba już. To ten moment, w którym mogę odetchnąć i powiedzieć, że opłacało się
zaryzykować. Nie padliśmy w swoje ramiona. Nie powiedziałam mu, że mimo
wszystko potwornie go kocham i nie usłyszałam od niego tego samego. Nie
zaczęliśmy też rozmawiać tak, jak kiedyś. Pewien dystans pozostał, ale dystanse
są po to, aby je pokonywać. Z każdym kolejnym spotkaniem będzie lepiej i
właśnie to sobie obiecaliśmy, gdy dwie godziny później staliśmy po dwóch
stronach progu jego mieszkania.
-
Wróć do jazdy – poprosił nagle. Posłałam mu nikły uśmiech i pokręciłam głową. –
Igrzyska za miesiąc, zdążysz.
-
Zdążę… Zrobić z siebie idiotkę na oczach całego świata.
-
Kora…
-
Przyjdziesz jutro na konkurs? – spytałam, zanim spróbował powiedzieć coś
więcej. Zacisnął usta i kiwnął głową.
-
A przyjedziesz wwakacje do Innsbrucka?
-
Przyjadę na finał Ligi Mistrzów.
* * *
potrafię wstrzymać oddech i potrafię zachować
milczenie.
mogę czuwać całe dnie, jeśli tego chcesz.
potrafię udawać uśmiech i potrafię zmusić się do
śmiechu.
mogę tańczyć i grać swoją rolę, jeśli mnie o to
poprosisz.
mogę oddać ci całą siebie.
* * *
-
O w dupe!
-
Co? Co się stało?
-
Ten Koivuranta to niezły jest!
-
Mam nadzieję, że mówisz o skokach.
Wiara
Dawida ulotniła się wraz z szalejącym na skoczni wiatrem. Aż dziw, że potrzebne
były niecałe dwie serie, aby Hofer w końcu skrzyżował ręce i zakończył konkurs,
gdy do jego końca zostało siedmiu zawodników. Ściągnął Määttę z belki,
wstrzymał następnego Morgensterna i postawił na podium najlepszą trójkę po
pierwszej serii: gorącego Fina, zdeterminowanego Ammanna i lidera klasyfikacji
generalnej.
-
No gorzej pizga tylko w Kuusamo – fuknął, naciągając na uszy cudownego koloru
czapkę od sponsora.
-
I w Kieleckiem.
-
Przecież w takich pojebanych warunkach nie da się skakać! Fin wygrał, czaisz to?
Fin! Od kiedy oni wygrywają w Pucharze Świata?! To na czysto nie przeszło, mówię
ci. Zaraz go wezmą na kontrolę i zobaczą w końcu, że koleś coś wącha.
Widziałaś, jaki ma wytrzeszcz?
-
Boże, Dejvi, ile ty gadasz.
-
Z makaroniarzem przegrał, co się dziwisz – mruknął z boku Jasiek.
-
Powiedział ten, który przegrał z Murańką.
-
Ale załapał się na Lucky Losera.
-
Ostatni!
-
Znowu się zaczyna…
Kamil
wcisnął mi w ręce swoje kwiaty, potem nagrodę, a na samym końcu narty. Buta
sobie musiał lider zawiązać!
-
Weź postój tutaj ze mną i pogadaj, bo mnie zaraz Tadziu ze skijumping złapie i
każe odpowiadać na te same pytania.
No
to zostałam i gadałam, chociaż miałam do spakowania połowę austriackiego domku.
Kamil psioczył na pogodę, na Waltera i na złych, dybiących na jego żółty
plastron przeciwników. Kiwałam głową, kątem oka szukając Thomasa, którego
ostatni raz widziałam w przerwie po pierwszej serii. Nie powiem, ładnie układa
się sytuacja po trzech konkursach Turnieju. I jeszcze to szóste miejsce na
Bergisel! Po upadku w Titisee nawet w ciemno nie brałabym takich wyników.
Wierzyłam, że sobie poradzi i będzie w stanie dobrze skakać, ale to, co
wyczyniał, przechodziło najśmielsze oczekiwania. Wciąż jest jednym z
najlepszych.
-
Problemy w obozie?
Uniosłam
niezrozumiałe spojrzenie na Kamila, ale nie patrzył na mnie. Jego zaniepokojony
wzrok utkwiony był ponad moim ramieniem.
To
była dosłownie chwila, moment. Zaciśnięte pięści, napięte mięśnie twarzy i
impuls, zatrzymany przez ramię Manuela. Niewiele myśląc ruszyłam w stronę, z
której rozbrzmiał głośny śmiech.
-
No dalej, uderz mnie za prawdę.
Richard
Freitag wydawał się szczerze rozbawiony. W przeciwieństwie do stojących za nim
Wanka i Wellingera, którzy asekuracyjnie chwycili go za kurtkę i próbowali
odciągnąć w stronę swojego domku.
-
Odpuść sobie, Richi. Nie rób scen.
-
Jaką prawdę? W co ty sobie pogrywasz, Freitag?
Thomas
strzepnął wciąż przytrzymujące go ramię Fettnera i wbił ostre spojrzenie w
Niemca. Ten znów prychnął śmiechem i z pełnym politowaniem pokręcił głową.
-
Ja? W nic. A ty?
-
Thomas, o co tu chodzi?
Drżącym
głosem sprowadziłam na siebie spojrzenia wszystkich, tylko nie Morgensterna -
jego pociemniały wzrok wciąż był utkwiony w Richardzie. Patrzyłam na zmianę to na
jednego, to drugiego, oczekując jakichkolwiek wyjaśnień. W zamian dostałam
ironiczny uśmiech Freitaga.
-
Uderz w stół. A kiedyś mi mówiłeś, że wolisz blondynki?
-
Zamknij się.
-
Bo co? – Głowa Niemca delikatnie przekrzywiła się, a na jego twarzy wykwitł
niewinny wyraz, który zaraz ustąpił miejsca fałszywemu zaskoczeniu. – Aaa,
twoja koleżanka nic nie wie?
-
Powiedziałem, żebyś się zamknął!
-
Nie wiem czego? – spytałam, coraz mniej rozumiejąc tę sytuację. Sekundę później
ktoś złapał mnie za łokieć. Gregor. Mówił coś o wołającym mnie Alexie. Bzdura,
Pointner jest po drugiej stronie kompleksu i podpisuje protokoły. – Thomas?
-
Nie zwracaj na niego uwagi… - mruknął w końcu.
-
Racja, nie zwracaj na mnie uwagi, w ogóle się mną nie przejmuj. – Poparł
Freitag ze śmiechem. – Cokolwiek bym nie powiedział i tak mi nie uwierzysz. Ale
jemu?
-
Freitag, jeszcze słowo…
-
I co? Przyłożysz mi na oczach wszystkich? Błagam cię, Morgenstern. Nie masz
wystarczająco odwagi… - prychnął i zmierzył mnie jednoznacznym spojrzeniem. - …
do niczego.
-
Przestań się popisywać i chodź – warknął Wank i szarpnął Richarda za ramię, ale
ten się nie dał. – Richi!
-
Ile czasu, Morgenstern? Ile czasu potrzebujesz, aby znudzić się nową zabawką,
co? Miesiąc? Dwa? Cały sezon? Czy czekasz, aż trener znowu dowie się, co
wyrabia się w jego kadrze i zrobisz wszystko, żeby nie wylecieć? Jej też się
wyprzesz? - Kiwnął na mnie głową. Już nawet nie zwracałam uwagi na kołatające w
piersi serce. W głowie miałam jeden wielki mętlik i nawet nie wiem, jakim cudem
wciąż powstrzymywałam się od przyłożenia Richardowi za każde wycelowane w
Thomasa oszczerstwo. - Nie patrz tak na mnie. Następnym razem, gdy postanowicie
spotkać się za hotelem upewnijcie się, że nikt nie będzie tamtędy przebiegał.
Za
zaciśniętymi ustami i pięściami schowałam prawdziwą reakcję na słowa Freitaga.
Bałam się spojrzeć, na któregokolwiek z chłopaków. Nie w momencie, w którym
zostaliśmy zdemaskowani.
-
Pieprz się, Freitag – prychnął Gregor i położył mi rękę na ramieniu.
-
Przejedziesz się, dziewczyno. Jesteś tylko fizjoterapeutką. Nigdy nic dla niego
nie będziesz znaczyła.
Kofler
i Fettner przytrzymali Thomasa, tak jak i dwóch Andreasów chwyciło za ramiona
Richarda, odciągając ich od siebie. Nie potrafiłam odgadnąć, co widziałam w
spojrzeniu Niemca, z którego twarzy zniknął kpiący uśmieszek. Było w nim coś
niepokojącego i coś, co kazało mi myśleć, że to wszystko nie działo się bez
powodu. Patrzyłam na niego, osłaniając Thomasa całym swoim ciałem, nie
dopuszczając Freitaga do niego choćby na krok. Mógł powiedzieć wszystko,
naprawdę wszystko, nie zmieniłabym strony. Nie uwierzyłabym w ani jedno słowo,
stawiające Morgensterna przeciwko mnie. Nigdy.
-
Nie życzę ci źle… Ale dobrze nie będzie, zobaczysz.
Odszedł,
pociągnięty przez swoich kolegów, pozostawiając po sobie ciszę i kilka, może
kilkanaście niewypowiedzianych na głos pytań.
-
MORGI!
Dopiero
krzyk Andreasa oderwał mnie od znikającego w tłumie Freitaga. Odwróciłam się,
rejestrując odchodzącego szybkim krokiem Thomasa. Umknęłam Manuelowi, który
próbował mnie zatrzymać i pobiegłam za Morgensternem. Czułam, że powinnam to
zrobić.
-
Thomas, poczekaj! – warknęłam, próbując zrównać swój krok z jego. – O co tu
chodzi? Co on ci powiedział?
Milczał,
dalej prując przed siebie w stronę parkingu. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi,
jakby w ogóle mnie nie zauważył. Zacisnął szczęki i usilnie starał się
przyspieszyć.
-
Powiesz mi? Czy mam pójść do Freitaga i sama się dowiedzieć? Thomas! –
krzyknęłam, chwytając go za łokieć. Zatrzymał się gwałtownie i wyrwał z mojego
uścisku. Odskoczyłam, kompletnie nie spodziewając się takiego ruchu. Nie to
jednak było najgorsze.
-
Co chcesz?!
Jego
spojrzenie… Jeszcze nigdy nie patrzył na mnie z taką wściekłością, płonącą w
zawsze spokojnych, łagodnych tęczówkach. Nigdy czyjś wzrok tak bardzo nie
bolał.
-
Thomas…
-
Nie widzisz, że nie mam czasu?!
-
Co się stało?
-
Nie powinno cię to obchodzić.
Jego
ton przypominał ten, który wystosowywał wobec Richarda. Był ostry, nasączony
gniewem i pogardą. To nie był ton, którym ze mną rozmawiał. W jego głosie nie
było ani odrobiny tej melodyjności, przeplatanej rozbawieniem, spokojem i
czułością. To zdecydowanie nie był mój Thomas. Nie ten, którego znam.
-
Nie musisz przede mną udawać. Porozmawiajmy na spokojnie, dobra? – Siliłam się
na jak najłagodniejszy ton i opanowanie drżącego głosu, co szło… po prostu źle.
Miałam tę małą nadzieję, że wciąż jest zdenerwowany sytuacją z Freitagiem i po
prostu musi ochłonąć. Tylko ta moja słaba wiara nikła z każdą sekundą, w której
malałam pod naporem jego ciężkiego spojrzenia. – Powiesz mi…
-
Czy ty jesteś głucha? Nie słyszałaś, co powiedziałem? – syknął, odpychając moją
dłoń. – To nie jest twoja sprawa.
-
Ale…
-
Nie wyraziłem się jasno?
Drgnęłam
niespokojnie, kompletnie go nie poznając. Nie potrafiłam znaleźć w
pociemniałych oczach tego, co zauważałam jeszcze dzisiejszego ranka. Brakowało
w nich ciepła, czułości, spokoju… Był tylko gniew.
-
Chyba znasz swoje obowiązki, prawda? – zapytał po chwili ciszy, którą tak
bardzo bałam się przerwać. – Nie zapominaj o nich. Jesteś fizjoterapeutką.
Jesteś TYLKO fizjoterapeutką. I tego się trzymaj.
W
osłupieniu patrzyłam, jak oddala się, pozostawiając mnie zupełnie samą. Do
samego końca obserwowałam jego malejącą postać, usilnie powstrzymując
wzbierające w oczach łzy. Płonący ból w klatce piersiowej z każdym jego krokiem
coraz bardziej dawał o sobie znać, odbierając jakiekolwiek siły na wykonanie
jakiegokolwiek ruchu.
Pierwszy
szew założony na rozszarpane serce po prostu puścił.
* * *
jestem w stanie znieść wiele
dopóki nie będę mieć dosyć
*
Ho, ho, ho! Emms Mikołaj!
Bardzo, bardzo mi się nie podoba i tuż po
publikacji idę schować się pod kołdrę. Może tam znajdę coś, co pomoże mi się
ogarnąć. No cóż. Przepraszam wszystkie wielbicielki Rysia. Mnie też serce
bolało.
A Human to taka nelkowata
piosenka. Z nikim nie kojarzy mi się tak bardzo, jak z nią. taka dygresja.
Fajnie, że tyle Was tutaj mam. Publikując
w styczniu prolog nie myślałam, że w grudniu będzie Was ponad sześćdziesiątka.
Dziękuję, że czytacie i komentujecie, serce aż rośnie. Mam nadzieję, że kiedyś
poznam Was wszystkie, które mam przyjemność tutaj gościć.
Ściskam każdą z osobną!
PS. Oto Wasz idealny Thomas. Mówiłam, że zaczynamy
drogę w dół!