czwartek, 31 lipca 2014

14. Family portrait.


*

mamusia nigdy nie nauczyła mnie jak kochać
tatuś nigdy nie nauczył mnie czuć
mamusia nigdy nie nauczyła mnie jak dotykać
tatuś nigdy nie nauczył mnie jak uzdrawiać
mamusia nigdy nie dawała mi dobrego przykładu
tatuś nigdy nie trzymał mamy za rękę
mamusia sądziła, że wszystko jest zbyt trudne do zniesienia
tatuś nigdy nie zachowywał się jak mężczyzna

* * *

Świat się wali?
Dźwięk spadających garnków brutalnie mnie obudził. Zupełnie odruchowo spróbowałam otworzyć powieki, w które od razu zapiekły ostre promienie, wpadającego przez lekko rozsunięte zasłony słońca. Szybko przewróciłam się na drugi bok i naciągnęłam kołdrę po sam nos. Cokolwiek się działo, mogło poczekać. Było mi zbyt dobrze, zbyt ciepło, zbyt przyjemnie… Niech inni się martwią, jeśli właśnie komuś dach spadł na głowę.
Wtuliłam nos w miękki materiał kołdry, czując powracający sen. Szkoda, że ktoś go bardzo okrutnie przegonił.
Huknęło, trzasnęło, zasłony się rozsunęły, światło rozbłysnęło, ja oślepłam i chyba rzeczywiście coś komuś spadło na głowę. Obstawiam, że choinka Morgensternowi.
- Dzień dobry w Seeboden! Jest godzina dziesiąta trzydzieści pięć, dnia dwudziestego piątego grudnia, a więc Boże Narodzenie! Temperatura z rana wynosi sześć stopni na minusie, a maksymalnie termometry wskażą dzisiaj dwa stopnie poniżej zera. Przewidziane są przelotne opady śniegu pod wieczór, ale poza tym zapowiada się słoneczny dzień! Zaleca się wykorzystanie go na długi krajoznawczy spacer w towarzystwie czarującego skoczka, który właśnie zrobił śniadanie i czeka, aż jaśnie księżniczka w końcu się obudzi. A teraz wraz z życzeniami bożonarodzeniowymi dla wszystkich naszych słuchaczy ‘Last Christmas’. Wesołych świąt i miłego rzygania tą piosenką!
Rany, jaki on jest popierdolony.
Podczas swojego radosnego monologu zdążył rozsunąć zasłony, otworzyć okno, ściągnąć ze mnie kołdrę, zrobić porządek z rozrzuconymi na fotelu ubraniami, trzy razy wybiec z pokoju i do niego wrócić, sprawić, że kark zaboli mnie od kręcenia za nim głową, w końcu zamknąć okno i popatrzeć na mnie ze zniecierpliwieniem.
- I na co ty czekasz?
- Aż oddasz mi kołdrę.
Jego mina zdecydowanie kazała mi wybić sobie z głowy dalsze spanie. Stęknęłam boleśnie i podciągnęłam kolana do klatki piersiowej, czując na stopach nieprzyjemny chłód. I podczas gdy on obracał się wokół własnej osi, nie wiedząc w co włożyć ręce, ja próbowałam jakoś się dobudzić. Przetarłam oczy, dokonując przy tym fenomenalnego odkrycia. To była spokojna noc. Bardzo spokojna i pierwsza taka od bardzo dawna. Przespana w stu procentach bez budzenia się, bez złych snów, bez patrzenia w sufit przez kilka godzin.
- No chodź, samemu mi się nudzi. – rzucił błagalnie, a widząc moje pytające spojrzenie pokiwał głową na boki. W domu jest pierdyliard ludzi, a on mi mówi, że jest sam? – Siostra z całą ferajną wybyła do teściowej, a rodzice zapakowali dziadka do samochodu i pojechali do ciotki. Pies mi został, ale co mi po psie, skoro się nażarł i poszedł spać?
- Jesteśmy… sami?
- Mnie też to bardzo cieszy! – Wycelował we mnie palcem, puszczając przy tym jeden ze swoich łobuzerskich uśmieszków.
- Mówiłeś coś o śniadaniu?
- O kurwa, tosty!
I tyle go było.
Ostatnie opary kłębiącego się dymu ulatniały się przez otwarte na oścież okno. Zamachałam dłonią koło nosa, czując zapach spalenizny, jednocześnie postrzymując śmiech, za który zapewne zostałabym zdzielona dzierżoną przez Morgensterna patelnią. Jego bardzo nieszczęśliwa mina mówiła wiele, ale pod żarliwą złością przebłyskiwało rozbawienie.
- Będzie jajecznica! – oznajmił, celując we mnie drewnianą łopatką. A potem zerknął w stronę stołu, na którym stał otwarty laptop i prędko go zamknął, rzucając mi krótkie spojrzenie.
Oookej?
Nieco sceptycznie podchodziłam do kulinarnych umiejętności Morgensterna. W powietrzu wciąż unosił się zapach spalenizny, a w zlewie dogorywały zwęglone kawałki chleba. Mimo to w fartuszku z kobiecym ciałem w bikini, pod którym skrywał czarny podkoszulek i pstrokate gatki, a także z każdym włosem w inną stronę prezentował się tak, że byłam skłonna zjeść wszystko, co wyszłoby spod jego ręki.
Że co?
- Pomóc ci?
Prawie siłą wyrwałam mu z ręki czajnik, wygrywając wojnę na to, kto zrobi herbatę. Z nieco urażoną dumą, bo ‘przecież jestem gościem!’ mieszał jajka w misce, kompletnie nie chcąc mi powiedzieć, gdzie trzyma kubki.
- Przeze mnie nie pojechałeś do rodziny. – Przerwałam panująca między nami ciszę, którą uzupełniała płynąca z radia zupełnie nieświąteczna piosenka i skwierczenie bekonu na patelni. Spojrzał na mnie badawczo i postukał powietrze łopatką. – No co?
- Jasne, bo po tym wszystkim jedyne o czym marzę, to siedzenie z dziadkami przy stole i wysłuchiwanie, że jak to dobrze, że się nie zabiłem i że pora skończyć z tym wariactwem. Nie, dzięki – mruknął, a w jego głosie przemieszało się znużenie z ulgą.
- Nie cieszą się, że mają w rodzinie kogoś takiego jak ty?
- Nie no, cieszą, jasne, że tak. Dopóki coś się nie stanie. Wtedy to każdy mądry.
Kiwnęłam głową, widząc jak niechętnie o tym mówi i torturuje smażący się bekon, nawet nie racząc mnie spojrzeniem. W tym momencie wydał mi się odrobinę samotny w swojej pasji, w której brakowało mu jakiegoś oparcia. Ale to wykluczone! Gdy wczoraj jego tata pokazywał mi wszystkie medale, trofea i zdjęcia, bez zająknięcia opowiadając związane z nimi historie i mówił, jacy są z żoną dumni z takiego syna, byłam pewna, że Thomas posiada w domu prawdziwy skarb. Taki, który jest z nim na dobre i na złe. W każdym momencie, dobrym i złym. Jeśli tego nie dostrzega, to jest naprawdę głupi.
- Po prostu się o ciebie martwią - stwierdziłam i otworzyłam jedną z szafek, której zawartość bardzo mnie ucieszyła. – Znalazłam!
- A kto martwi się o ciebie? – spytał znienacka. Przewróciłam oczami czując, że wracamy do rozmowy z wczoraj. Na dzień dobry chce zepsuć mi humor, który sam wczoraj poprawił?
- Mój ubezpieczyciel.
Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie mówię prawdy!
Thomas prychnął, ale nic już nie powiedział. Wlał jajka na patelnię i skupił na nich całą swoją uwagę. Mimo to czułam, a wręcz byłam pewna, że jeszcze dziś do tego wrócimy. W końcu taka była umowa.
- Tak w ogóle, to rozmawiałem rano z Alexem – zagaił, stawiając na stole talerze z gotową jajecznicą. Spojrzałam na niego zza kubka herbaty, czekając na więcej informacji. Thomas rozejrzał się po kuchni i stole, upewniając się, czy wszystko już gotowe, po czym kiwnął głową z bladym uśmiechem. – Postanowione, jadę do Oberstdorfu.
- A minę masz, jakby kazali ci iść na pielgrzymkę.
- Bo się boję, rozumiesz? – Usiadł naprzeciwko i wbił we mnie oczekujące spojrzenie. – Chcę zacząć to, co skończyłem, ale nie wiem jak upadek wpłynął na skakanie. Niby fizycznie jest okej, ale… Co będzie, jeśli nie będę mógł wrócić do tego samego skakania sprzed Titisee?
- I tak każdy powie ci, że jesteś gość, bo tak szybko wracasz do zawodów.
- Ale ja nie chcę, by mówili, że jestem gość tylko z tego powodu. Chcę, aby to mówili ze względu na moje dobre wyniki. Liczy się to, co tu i teraz, Nela, a na chwilę obecną jestem w totalnej dupie.
- Sam jesteś dupa, skoro tak mówisz.
Zacisnął mocno usta, patrząc na mnie z zacięciem. Może trochę z rozczarowaniem, bo nie takich słów się spodziewał.
- Pamiętasz, co ci mówiłem w Villach? O poprzednim sezonie? Nela, Titisee miało być furtką do powrotu na szczyt.
- Ktoś taki jak ty nie wie, że droga na szczyt jest długa i kręta? Nikt nie powiesił ci medali na szyi, gdy tylko się urodziłeś. Przypomnij to sobie, przypomnij sobie cały okres przygotowawczy do sezonu i to, ile trudu i wysiłku włożyłeś w ostatnim tygodniu, by wrócić jak najszybciej na skocznię. I podaj mi sól!
Przez chwilę spoglądał na mnie, jakbym co najmniej wyłożyła mu z pamięci prezydenckie orędzie. Ale czy nie miałam racji? Miałam. Gdybym nie wiedziała, o czym mówię, w ogóle nie wypowiadałabym się na ten temat i pozostała przy współczującym klepaniu go po głowie i powtarzaniu, że ‘wszystko będzie dobrze’. A poza tym kto powiedział, że tylko on może przywracać mnie do pionu?
- Sugerujesz mi, że popadam w paranoję? – spytał, unosząc z rozbawieniem brew i sięgając prosto z krzesła do blatu. Wykorzystałam chwilę nieuwagi i wydłubałam z jajek skorupkę. Aż tak mi nie zależy na tym, by nie było mu przykro, abym miała tracić plomby.
- Lekko fiksujesz.
- Dzięki, będę o tym pamiętał, gdy usiądę na belce.
Uśmiechnęłam się pod nosem i wsadziłam do ust widelec z jajkiem.
- Ty wiesz, że nawet dobra?
- To i tak nic. Moją specjalnością jest kaszka dla niemowląt – odparł z rozbrajającą dumą. – Hej, to co z tym spacerem?
- Jakim znowu spacerem?
- Nie słuchałaś radia?
- Morgenstern.FM nie jest moją ulubioną stacją.
Prychnął niczym rozzłoszczony kocurek i przysłonił swoją twarz kolorowym kubkiem z własnym imieniem. A potem spojrzał na mnie swoimi dużymi błękitnymi oczami i uznałam, że w sumie spacer z nim to jedyna rzecz, na jaką mam dzisiaj ochotę.

* * *

zawsze byłam wybranym dzieckiem
stałam się największym skandalem
powiedzieli mi, że nigdy nie przetrwam
ale przetrwanie to moje drugie imię

* * *

- Chyba powinienem cię przeprosić za moją mamę.
Chwyciłam wyciągniętą rękę Thomasa, służącą za pomoc w pokonaniu niewielkiej skarpy. Dopiero, gdy zeskoczyłam tuż obok niego, podniosłam błagalne spojrzenie na jego twarz, na której gościło poczucie winy.
- Głupio wyszło.
Dmuchnęłam powietrzem z nosa, prosząc go tym samym, aby przestał. Ruszyliśmy przed siebie udeptaną ścieżką, która prowadziła przez las. Duży, głuchy i pusty, od którego drzew odbijało się ciche pohukiwanie sowy i świergot ptaków.
- I co? I myślisz, że jakoś bardzo boli mnie serduszko, bo kobieta po prostu zainteresowała się, kto ją odwiedził w wigilię? Błagam cię… - mruknęłam z rezygnacją, przeskakując sprawnie nad głębokimi kałużami. – Jasne, gadanie o mojej przewesołej rodzince nie jest niczym przyjemnym, ale przecież nie będę miała do kogoś pretensji o to, że zapytał.
- Mi nie chciałaś powiedzieć.
- Bo tobie mogę kazać pocałować się w nos i wiem, że dasz spokój.
Poruszył znacząco brwiami, przyznając mi tym rację.
- A jeśli znów zapytam?
Westchnęłam głęboko. Ileż można unikać tego tematu? I czy on nie zasługuje na prawdę? Niecałą, jeszcze nie, ale może chociaż na jej kawałek?
- To jest trochę pokręcone i bardzo odbiegające od waszego idealnego obrazka… - Wcisnęłam dłonie głębiej w kieszenie i skupiłam wzrok na stawianych przez siebie krokach, co jakiś czas rozglądając się po spokojnej okolicy.
- Zdziwiłabyś się. – Zaśmiał się pod nosem. Spojrzałam na niego, ale tylko wzruszył ramionami, patrząc przed siebie. - Co z twoimi rodzicami?
No właśnie, co z nimi? Na usta cisną mi się same niepochlebne opinie i słowa, których właściwie nie powinnam adresować w ich kierunku. Ale jako córka własnej matki i ojca chyba byłam usprawiedliwiona.
- Są popieprzeni.
- Przynajmniej się ciebie nie wyprą.
Oberwał w ramię.
- Rodzice mieli po osiemnaście lat gdy się urodziłam i zdrowo nafikane w głowach. Wiesz, to była taka typowa młodzieńcza miłość, gdzie nie myślisz o konsekwencjach. Najważniejsze jest to, że po prostu kogoś masz i nic więcej nie jest ci do szczęścia potrzebne. Ale potem miałam pojawić się ja i to już chyba było za dużo. Musieli wziąć szybki ślub, co by ludzie nie gadali. Mama była zmuszona do rzucenia sportowej kariery, a tata olał szkołę i poszedł zarabiać na pieluchy, bo chociaż dziadkowie pomagali, to i tak było krucho. Ale wiesz… to zdecydowanie nie było to, czego chcieli. Dlatego wszystko zaczęło się psuć.
- Wszystko?
- Tak. Mieli swoje marzenia i idealny plan na przyszłość, ale pojawiłam się ja i to wszystko zniszczyłam.
- Głupie gadanie.
- Pozwalali mi tak myśleć przez całe życie. Ani razu nie zostałam wyprowadzona z błędu.
Posłałam mu pełne przekonania spojrzenie, próbując odnaleźć kolejny punkt zaczepienia w tej żałosnej historii.
- Wytrzymali ze sobą dziewięć lat. Dziewięć cholernych lat, podczas których żyli ze sobą jak pies z kotem. Ale byli razem, nieudolnie próbowali stwarzać pozory rodziny. I właściwie to była jedyna rzecz, jaką kiedykolwiek wspólnie dla mnie zrobili. Dzięki Bogu, bo ich pomysły zazwyczaj nie szły ze sobą w parze. Potem się rozstali i nie wyobrażasz sobie, jakie to było dla mnie szczęście. Skończyły się awantury o byle co, skończyło się wypominanie sobie przeszłości… To wszystko po prostu się skończyło.
- A gdzie w tym wszystkim byłaś ty?
- Ja?
Na gimnastyce, na lodowisku, na balecie, na zawodach, u dziadków, u Lilki… Wszędzie, ale nie z nimi.
- Na początku było dziwnie. Wszystkie koleżanki i koledzy mieli oboje rodziców przy sobie, a ja zawsze musiałam liczyć osobno albo na jedno, albo na drugie. Nie wydawało mi się to normalne, że nagle rodzice przestają ze sobą być, ale miałam wtedy dziewięć lat i to były inne czasy. Potem było lepiej. Chyba nawet przestałam odczuwać ich rozstanie. Tata po prostu się wyprowadził, więc zostałam z mamą. I chyba było mi tak dobrze, bo nie wydawało mi się, abym spędzała z nimi mniej czasu, niż przed rozwodem. Odkąd pamiętam zawsze miałam mnóstwo dodatkowych zajęć, więc nawet nie miałam czasu na myślenie o nich. Wszyscy dookoła mówili ‘ojeju, mamusia i tatuś nie są już razem’, a ja powtarzałam sobie w głowie ‘no i dobrze’ albo ‘wszystko jedno’.
Długo analizował te słowa. Długo trwała też cisza między nami, przerywana przez nasze kroki i odgłosy lasu. Co jakiś czas ocieraliśmy się o siebie ramionami, reagując na to szybkimi, ukradkowymi spojrzeniami posyłanymi w swoją stronę. Nie wiem, czy tylko ja nie chciałam, aby nas to nie krępowało. Chyba już nie powinno, prawda?
- Wiesz, nigdy nie pozwolili mi czuć się nieszczęśliwą albo zaniedbaną przez nich. A przynajmniej tata o to dbał, bo to z nim widywałam się rzadziej. Chociaż… Gdy miałam piętnaście lat wyjechał do pracy. Tutaj, do Austrii, do Innsbrucku… I wyjechał tylko dlatego, że wciąż kochał, może nawet dalej kocha moją mamę, tylko po prostu nie umiał z nią być, a ona poznała kogoś nowego i wyszła drugi raz za mąż, co chyba do końca złamało mu serce. Tak więc on wyjechał i od tamtej pory nasz kontakt powoli się wytracał. Zresztą… nigdy nie miałam jakoś czasu, by pamiętać o tym, by zadzwonić, napisać i to samo tyczyło się jego. Gdy tak teraz na to patrzę to trochę żałuję, bo tata to naprawdę w porządku facet.
- Skontaktuj się z nim!
- Daj spokój. Nie odzywałam się do niego od ponad pół roku i nagle mam zadzwonić? Zresztą nie wiem, czy on tego chce. Chyba za bardzo przypominam mu mamę.
- Jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz – powiedział, po czym nagle się ożywił. – Przecież ja jestem genialny! Przecież my będziemy w Innsbrucku! Spotkaj się z nim!
- Niby po co?
- Żeby się przywitać? Na różowy kask Koflera, przecież to twój tata.
Machnęłam niedbale ręką, bo naprawdę mi na tym nie zależy. Może kiedyś, ale nie teraz. Teraz chyba nie jestem gotowa. Jak miałoby to wyglądać? Cześć, tatku, dawno się nie widzieliśmy. Jak się masz? Może pogadamy? Nie ma mowy.
- A twoja mama? Została w Polsce, tak?
- Tak, ale sytuacja układa się w ten sposób, że jestem na ostatniej pozycji na jej liście osób, których nie ma ochoty widzieć. W dodatku ma własną rodzinę, męża, syna… Cholera, nie wysłałam Stasiowi prezentu!
Trzasnęłam się w czoło, wyzwałam od wyrodnych sióstr, a na końcu straciłam dech, bo oto właśnie skończył się las, a przed nami rozciągało się ogromne jezioro.
- Morgenstern, gdzieś ty mnie wyprowadził?
Nic nie odpowiedział. Zaśmiał się z zadowoleniem i kazał iść za nim w kierunku drewnianego pomostu. Deski nieprzyjemnie zaskrzypiały pod naszymi nogami, a przez szczeliny dało się dostrzec falującą na spokojnym wietrze wodę. Dookoła panowała cisza i nawet niska temperatura nie wydawała się być straszna w obliczu tego widoku.
- To przez sytuację z mamą nie chciałaś pojechać do Polski? – Pytanie Thomasa zabrzęczało nad uchem niczym uporczywa mucha. Zacisnęłam dłonie na drewnianej barierce i uporczywie wlepiałam spojrzenie w rozciągające się wody jeziora. To chyba powinna być wystarczająca odpowiedzieć. – I też przez to z niej wyjechałaś?
- Thomas, to jest ten moment, w którym powinieneś się zamknąć.
- Bo co? Bo jestem blisko prawdy, której nie chcesz mi zdradzić?
Obróciłam głowę w jego stronę, natrafiając na pełne spokoju spojrzenie blondyna. Oparty plecami o barierkę z dłońmi w kieszeniach spoglądał na mnie, próbując samemu odnaleźć odpowiedź w mojej twarzy.
- Dlaczego rozstałeś się z Kristiną?
Naprawdę nie chciałam, aby zabrzmiało to tak bezpośrednio. Sama wystraszyłam się swojego pytania, ale skłamałabym mówiąc, że nie myślałam nad nim odkąd dowiedziałam się, że Thomas jest ojcem. Poza tym powiedziałam już wystarczająco wiele. Pora odbić piłeczkę.
- Po prostu… Ludziom czasem ze sobą nie wychodzi.
Zmrużyłam oczy, nie kupując tego wytłumaczenia.
- Nie patrz tak na mnie, to już historia. Tak jak kiedyś twoi rodzice, tak ja i ona uznaliśmy, że osobno będzie nam lepiej.
Jeszcze mi brakowało, by posługiwał się moimi rodzicami jako przykładem. Jeśli sądził, że w ten sposób łatwiej zrozumiem, to był w błędzie.
- A Lilly?
- Kiedyś zrozumie. Tak jak ty.
- Thomas, nie zbywaj mnie takimi durnymi gadkami – odparłam, starając się brzmieć na jak najbardziej zdeterminowaną. – Bujać to my, a nie nas. Widziałam, jak ona na ciebie patrzy. Widziałam też momentami twój wzrok. I tak nie patrzą na siebie ludzie, między którymi nagle coś się skończyło. Nie wtedy, gdy mają dziecko. I nie stawiaj mi tu za przykład mojego durnego ojca, który jest wciąż zakochany w mojej matce, okej?
Dla mnie to było bardzo okej, ale dla niego chyba nie. Mięśnie na jego twarzy jakoś automatycznie się spięły, a szczęki zacisnęły. Coś się w nim blokowało, to było widać na pierwszy rzut oka. I dostrzegałam to nie po raz pierwszy.
- Czasem ludzie chcą ze sobą być, ale nie mogą.
Westchnął, a spomiędzy jego ust wydostał się obłoczek, który zaraz umknął gdzieś z wiatrem. Przymknął na chwilę powieki, a gdy je otworzył wlepił nieobecny wzrok przed siebie.
- Gdy kogoś kochasz stawiasz jego dobro i bezpieczeństwo ponad swoje. Nawet jeśli oznacza to, że musisz z kimś się rozstać, bo tak będzie dla tej drugiej osoby lepiej. Jeśli wiesz, że dzięki temu nie będzie aż tak narażona na ból i zawód, to będzie to dobra decyzja. Z początku oboje będziecie cierpieć, ale w końcu uznacie, że w końcu tak jest lepiej.
Co miałam zrobić? Przemilczeć? Zaśmiać się nerwowo? Złapać go za rękę? Nie chciałam pozostawić go bez odpowiedzi, z kolei żadne słowa nie wydawały mi się odpowiednie. A wszelkie pomysły o kontakcie fizycznym wyrzuciłam z głowy, bo choć bardzo chciałam, po prostu nie mogłam chwycić jego dłoni i okazać mu tym, że hej, kolego, nie łam się.
Długo wpatrywałam się w jego profil, odnajdując w nim setki doskonałości, łamanych przez wszelkie wady, którymi był obdarzony. Każdego spędzonego wspólnie dnia zdumiewał mnie coraz bardziej i nie potrafiłam odnaleźć określenia dla stanu, do jakiego mnie doprowadzał. Pierwszy raz w życiu odnosiłam wrażenie, że odkrywam człowieka warstwa po warstwie, docierając do najmroczniejszych zakątków jego przeszłości, by na samym końcu dostrzec, jak wiele nieszczęścia może kryć się za uśmiechem, za zwykłym dowcipem i codziennym humorem.
- Najważniejsze dla nas jest to, aby Lilly miała szczęśliwe dzieciństwo i czuła się kochana przez oboje rodziców. Tylko ona się teraz liczy.
Kiwnęłam głową, nie chcąc dalej na niego naciskać. Może nawet nie powinnam zadawać tamtego durnego pytania.
- Jeśli o to chodzi, to szczęściara z Lilly. Jesteś dobrym ojcem, Thomas.
Uśmiechnął się, ukazując dołeczki w policzkach, których widok mnie samą zmusił do uniesienia kącików ust.
A potem wyprostował się i stanął naprzeciwko mnie z tajemniczym uśmiechem, który mógł świadczyć o wszystkim. Choćby o tym, że nagle nabrał ochotę na poprawienie mojego szalika, który trochę się odplątał i opadł na ramię.
- Spytałem cię dzisiaj rano, kto się o ciebie martwi… - Zaczął, walcząc z wełnianym materiałem, który starannie owinął dookoła mojej szyi. – I wiesz, jaka jest odpowiedź? Ja. Ja się o ciebie martwię. To śmieszne i może nie powinienem, ale… - Urwał i wzruszył ramionami z niewinnym uśmiechem, dokańczając swoje misterne dzieło. – Chyba ktoś musi.
- I akurat jesteś to ty? – rzuciłam przekornie, spoglądając na niego niepewnie.
- A dlaczego by nie?
Przez chwilę patrzyłam, jak przez jego twarz przetaczają się różne emocje; od rozbawienia, po wyczekiwanie, aż w końcu rozbłysnęła śmiechem, gdy dostał drobnego kuksańca z ramię.
- Przecież nie powiedziałam, że mi się to nie podoba.

* * *

jak kochać bez sprawiania bólu?
jak kochać bez pełzania w brudzie?
do tej pory w moim życiu chmury blokowały dojście słońcu

*

Średnia przejściówka, odkrywająca kilka faktów z przeszłości Neli i która toruje drogę jednemu z najważniejszych rozdziałów tego opowiadania. Ogólnie to chciałam, aby wyglądało to troszkę inaczej, ale z drugiej strony bardzo chciałam dodać nowy rozdział po Wiśle, a jeszcze przed moim wyjazdem nad morze. W najbliższy poniedziałek wybywam na dwa tygodnie, więc nowy rozdział pojawi się gdzieś pod koniec sierpnia, gdy nadrobię wszelkie zaległości.
A co do samej Wisły, to odleciałam. Wybawiłam się, wykrzyczałam, trochę ogłuchłam, bo gdzie nie stałam, tam znajdowały się fanki Wellingera albo Sjoeena, a przez Żyłę prawie zginęłam w tłumie FACETÓW, którzy chcieli Pietera złapać i przechwycić jego czapkę. No i… Morgi. To nie tylko bohater mojego opowiadania, to nie tylko inspiracja, ale to również mój mały bohater. I jeśli domyślacie się, jak bardzo go uwielbiam, to możecie wyobrazić sobie moje szczęście, gdy dowiedziałam się, że przyjedzie do Wisły, a potem, gdy zobaczyłam nad skocznią helikopter. Spełniłam marzenie i jestem przeszczęśliwa. Polecam każdemu.
PS. Mam nadzieję, że moja osobista maruda jest zadowolona. Z tego miejsca ściskam ją bardzo mocno!