poniedziałek, 1 września 2014

16. On thin ice.


*

pomocy, znów to zrobiłam
byłam w tym miejscu już wiele razy
dziś znów zrobiłam sobie krzywdę
a najgorsze jest to,
że nie mogę nikogo za to winić

* * *


Gryzłam wargę i mięłam w dłoniach materiał pościeli. Dolna warga bolała, opuszki palców poczerwieniały, woda szumiała za ścianą, a ja wciąż nie wiedziałam, czy powinnam pozwolić Morgensternowi rozbić ten coraz bardziej pękający mur. Mógł to zrobić. Wydawał się być najodpowiedniejszą do tego osobą. Nie miałam wątpliwości, mogę mu zaufać. Już mu ufam, bardziej niż sobie. Zaszliśmy tak daleko, czy to nie najwyższy czas, aby powoli zakańczać tę grę? By w końcu stanąć twarzą w twarz z przeszłością i obnażyć ją przed kimś, kto zrozumie?
Kto? Kto, jak nie on? Oboje od czegoś uciekamy, oboje szukamy bezpieczeństwa i kogoś, kto po prostu wykaże to cholerne zrozumienie, nie oceni nas i po prostu będzie. Mimo wszystko.
- Heeeeeeey brotheeeeeeer!
A może nie? Wparował do pokoju z turbanem na głowie, wydając z siebie mniej lub bardziej zbliżone do oryginalnej melodii dźwięki. A potem ze słabnącym „jeeee” na ustach spojrzał na mnie i nagle umilkł, widząc moje zbolałe spojrzenie.
- Wyglądasz, jakbyś chciała pogadać.
Opuściłam wzrok, naciągając na dłonie rękawy bluzy. Jeszcze coś mnie powstrzymywało. A wtedy zrzucił ręcznik, usiadł naprzeciwko, spojrzał na mnie swoimi pełnymi ciepła oczami i nagle poczułam, że nie ma już żadnego muru. Jest tylko cienka ściana ze szkła.
- Nie przyjechałam do Titisee z Polakami…
- Wiem – odpowiedział po chwili ciszy. Popatrzyłam na niego zaskoczona, na co tylko wzruszył ramionami z bladym uśmiechem. – Widzieliśmy cię podczas treningu jak gadasz z Kubackim. Piotrek śmiał się, że Dawid wyrywa jakąś miejscową laskę, więc na jedno wyszło…
Pokręciłam głową, siląc się na słaby uśmiech. Przyjazd do Titisee, pierwsze spotkanie z Dawidem, nasza rozmowa… To było tak niedawno, a wydaje się, jakby minęło kilka miesięcy.
- To był przypadek. Pomyliłam pociągi. Chciałam pojechać do Kolonii, a znalazłam się w Titisee… I akurat wtedy, gdy był tam Kamil. Nie miałam pojęcia, że go spotkam, nie rozmawialiśmy od paru miesięcy…
- Przecież się przyjaźnicie – zauważył. Przetarłam czoło, próbując jakoś się uspokoić i powiedzieć na głos to, co najzwyczajniej mnie zawstydzało. Przez cały ten czas robiłam wszystko, aby myślał, że jestem pewna siebie, odważna…
A teraz muszę przyznać, że jestem tchórzem.
- Proszę, nie oceniaj mnie… - zaczęłam, posyłając mu żałosny uśmiech i przeszklone spojrzenie. Dojrzałam cień zaskoczenia na jego twarzy. Opuściłam spojrzenie, aby nie musieć patrzeć mu w oczy, czując oblewający mnie wstyd. – Uciekłam. Z Polski, z Krakowa, z domu… Uciekłam, odcinając się od wszystkich, którzy mogliby mnie do niego ściągnąć. W tym od Kamila.
- Wtedy, gdy…
- Wtedy, gdy rzuciłam łyżwy, tak - wydusiłam i zacisnęłam mocno usta, czując, jak głos zaczyna mi się łamać. – To był właściwie powód, dla którego wyjechałam.
- Nela, jeśli nie chcesz…
- Chcę! – warknęłam, unosząc głowę i wbijając w niego zdecydowane spojrzenie. Zacisnęłam pięści, pozwalając zbyt długim paznokciom wbić się w skórę. – Chcę - powtórzyłam nieco ciszej, czując jak nagły przypływ złości powoli ze mnie ulatuje. – To już najwyższa pora.
Pokiwał głową. Wzięłam głęboki wdech, szczelnie obejmując się ramionami i próbując przetrwać falę grzęznącego w gardle smutku.
- Od dziecka wychowywano mnie na mistrzynię… - zaczęłam cicho, czując rosnące zażenowanie. – Boże, to była chyba największa życiowa ambicja mojej matki. Nie to, żebym wyrosła na uczciwego, szczerego człowieka; nie to, żebym miała szacunek do takich wartości, jak rodzina, przyjaźń, ojczyzna, Bóg. Nie. Dla niej liczyło się tylko to, abym z każdym dniem była coraz lepsza w tym, co ona kochała najbardziej na świecie. I wiesz… Czasem miewam wrażenie, że w ten sposób mściła się na mnie za to, że urodziłam się wtedy, gdy miała największą szansę na sukces. Ale widzisz, pojawiłam się i jej marzenia…
- Stały się twoimi. – Dokończył za mnie. Pokiwałam głową i podciągnęłam kolana pod brodę.
- Ale to też nie było tak, że do czegoś mnie zmuszano, nie. Po prostu… Łyżwy i lód były zawsze. W każdym wspomnieniu z dzieciństwa i na każdym zdjęciu. Pamiętam… Pamiętam, jak jako taki mały, ledwo odrośnięty od ziemi brzdąc przychodziłam z mamą na lodowisko. Patrzyłam jak jeździ, jaka była wtedy piękna i marzyłam, aby być taka jak ona. Tylko, że wtedy nie sądziłam, że to może być takie trudne, takie wymagające… Mając pięć-sześć lat chciałam po prostu jeździć, mieć ładną sukienkę i żeby wszyscy bili mi brawo. Ale słysząc ciągle nad uchem „musisz się bardziej postarać”, „musisz schudnąć”, „musisz się poprawić” nawet o tym nie myślałam, bo nagle coś, co było tylko dziecięcym marzeniem stało się dorosłą rzeczywistością dla dziewięciolatki. Jasne, chciałam tego, dobrowolnie zgadzałam się na wszystko, bo tak właściwie… kochałam to. Kochałam to, co robiłam, czułam się przez to jakoś wyjątkowo, cieszyłam się, gdy robiłam postępy, gdy wygrywałam, gdy mama była ze mnie dumna… - Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie jej śmiech, ciepło i zapach, gdy tak po prostu przytuliła mnie po pierwszych mistrzostwach Polski, zakończonych srebrem, gdy miałam czternaście lat. Otuliłam się szczelniej ramionami, podświadomie pragnąć znów poczuć to samo. - Doskonaliłam każdy element, spędzając całe dnie na lodzie, co przekładało się na wyniki, pierw lokalne, potem państwowe, a potem… Boże, byłam głupią piętnastolatką, gdy wygrałam mistrzostwa świata w juniorach. Dziewczyny w moim wieku oglądały koncerty młodego Timberlake’a, miały pierwszych chłopaków, chodziły na imprezy i paliły papierosy, a ja zapieprzałam na lodowisku dniami i nocami, by zostać jakąś cholerną mistrzynią! Kto odbiera swojemu dziecku najlepsze lata bycia nastolatką?
Milczał, ale nie czekałam na to, by przytaknął, by się ze mną zgodził, by powiedział, że tak, to chore, tak nie powinno być. Bo przecież zgodziłam się na to.
- Rok później startowałam już w seniorach na światowym poziomie, wyobrażasz to sobie? Z roku na rok wyniki były coraz lepsze, treningi coraz cięższe… Od ośmiu lat, co rok, od maja do września siedziałam w Kanadzie z najlepszymi trenerami, przygotowując się do kolejnych sezonów. Dawałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że gdzieś tam w Polsce mama bardzo na mnie liczy. I wiesz… Spędzając całe dnie na treningach myślałam tylko o tym, że gdy zobaczy moje postępy powie mi, że jest dumna i że dobrze się spisałam.
- I była?
- „Bywała” to lepsze określenie. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Mama jest perfekcjonistką, co niestety po niej odziedziczyłam… - mruknęłam, czując niechęć do tego powiązania. – I tak to było. Wyniki były coraz lepsze, zawody coraz poważniejsze…
- Turyn? Igrzyska? – Trącił mnie ramieniem, uśmiechając się znacząco, siłą rzeczy zmuszając kąciki moich ust do uniesienia się.
- Jasne, pierwsze igrzyska i od razu siódme miejsce, nie mając nawet pełnej siedemnastki. - Uśmiech mimowolnie się powiększył, gdy przypomniałam sobie zżerającą mnie tremę. A potem był tylko świetny program krótki i nieco słabszy długi, które miały być tylko zapowiedzią tego, co miało wydarzyć się cztery lata później. – Wtedy właśnie poznałam Kamila. Oboje byliśmy przerażeni tak wielką imprezą, nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka. Byliśmy tylko dzieciakami.
- Nie wierzę, że byłaś tak blisko…
Wymusiłam cichy śmiech.
- Thomas, pamiętasz jak cztery lata później w Whistler po drugim konkursie podszedłeś na parkingu do Polaków? – Zmrużył oczy, patrząc na mnie pytająco. – Byłam tam razem z nimi. Pomachałeś mi.
Jedynie uśmiechnął się przepraszająco, pocierając ręką potylicę. Jasne. Nie spodziewałam się, że jednak będzie pamiętał. Uniosłam lekko kąciki ust, śmiejąc się z własnej głupoty.
- I co z tym Vancouver?
- Nic. – Wzruszyłam ramionami. – Europejska nadzieja na medal w figurówce spłonęła z drugim zepsutym skokiem. Wcześniej dwa medale na mistrzostwach Europy, w tym jedno złoto, dwa razy podium na mistrzostwach świata… Spieprzyłam sprawę, czwarte miejsce, choć po programie krótkim było trzecie. Starałam się, cholernie mocno starałam się być najlepsza, ale przedobrzyłam. Tylko, że to był taki przełom. Od tamtej pory przestałam w ogóle myśleć o porażce, nawet nie przyjmując do siebie jakiejkolwiek świadomości, że mogłabym nie być na podium. W tamtym roku… Cholera, Thomas, w tamtym roku osiągnęłam to, o czym zawsze marzyłam. Mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata, czy ty wiesz, co to znaczy w łyżwiarskim świecie?
Oczywiście, że nie wiedział.
- Wydawało mi się, że mogę wszystko. Ambicja wzięła górę, a pasmo sukcesów zrobiło swoje… - Nieprzyjemny skurcz ścisnął mój żołądek na myśl o wszystkim tym, co robiłam, co mówiłam, jaka byłam wobec innych i wobec siebie. Zacisnęłam oczy, starając się wmówić sobie, że to już minęło. –  I wszystko było okej… do tegorocznych mistrzostw świata. Zdobyłam Europę, więc fantastycznie byłoby powtórzyć sukces sprzed roku i obronić tytuł na globie. – Głos jakoś mi się załamał, gdy pamięcią powróciłam do marca i zawodów sprzed dosłownie dziewięciu miesięcy. Spięłam mięśnie, chcąc zawalczyć z nadciągająca falą dreszczy. A jednak to nie było takie proste…
- Wtedy, gdy upadłaś? – spytał cicho.
- To nie był zwykły upadek! – Podniosłam rozedrgany głos, odtrącając zbliżającą się do mojego ramienia jego rękę. – Wy wszyscy mówicie, że to tylko upadek! Tylko! Nawet nie wiecie, co tam się stało! – Ostatkiem sił próbowałam powstrzymać się od krzyku. Zasłoniłam dłońmi usta, próbując zapanować nad świszczącym oddechem i zacisnęłam wilgotniejące oczy.
- Nela…
- To był dzień wielkiego finału…

* * *

Mistrzostwa Świata w Łyżwiarstwie Figurowym, London 2013

Nie odbierał telefonu, pewnie znowu śpi popołudniu. A potem będzie narzekał, że nie może w nocy zasnąć. Westchnęłam. Wsunęłam komórkę w kieszeń bluzy i stanęłam przed lustrem. Czarna, koronkowa sukienka z długim rękawem idealnie przylegała do ciała. Przejechałam dłonią po ciasno upiętych włosach i stwierdziłam, że jest dobrze. Prawie. Całość psuło drugie miejsce po krótkim programie, a wiedziałam, że Yuny Kim tak łatwo nie prześcignę. Ale nie ma rzeczy niemożliwych, Koreanka nie jest poza zasięgiem. Tak zresztą powiedział Brian Orser, były trener Yuny, a następca wielkiej Tatiany Tarasovej, która po dwóch latach postanowiła powiedzieć mi ‘do swidania’.
Naciągnęłam na ramiona bluzę i skierowałam się do wyjścia z garderoby. Skupiona na odplątywaniu słuchawek nawet nie zwracałam uwagi na to, gdzie idę.
I kto wpada mi pod nogi.
- Oh my God, I’m sorry! I’m so, so, so sorry!
Rzuciłam przerażone spojrzenie swojemu iPodowi, który cudem nie rozwalił się na kafelkach, a potem przeniosłam je na niziutką blondyneczkę w ciemnoniebieskiej sukience. Amerykanka, pierwszy raz na mistrzostwach świata, no jasne.
- O matko, Kornelia Kubiak, jestem ogromną fanką! – Pisnęła, sprzątając z podłogi mój odtwarzacz. Wlepiła we mnie spojrzenie swoich dużych oczu i prawie się zapowietrzyła. – Uwielbiam twoje spirale! I świetnie skaczesz! Chciałabym kiedyś osiągnąć tyle, co ty!
Idiotka. Urocza mała idiotka, która traci mój cenny czas i wyprowadza ze skupienia.
- Patrz, jak łazisz, Gracie – warknęłam, wyrywając z jej rąk swoją własność i zostawiając ją taką zszokowaną, ruszyłam w stronę, z której dobiegał najpiękniejszy dźwięk świata. Oklaskująca, wiwatująca publiczność. Stanęłam przy barierce, obserwując przygotowującą się do występu młodą Rosjankę i odchylając się od pręta na odległość ramion, nieco je rozciągnęłam. Miałam jeszcze trochę czasu, nim miała nadejść moja kolej, więc w spokoju robiłam rozeznanie w terenie, nie wypuszczając telefonu z ręki. Obiecał, że zadzwoni. Zawsze dzwoni przed zawodami.
Rozejrzałam się dookoła. Niedaleko przejścia dla zawodniczek siedziała mama, szybko do niej podreptałam i stając na czubkach płoz, pociągnęłam ją za koniec płaszcza.
- Coś się stało? – Spytałam, gdy spojrzała na mnie pytająco i pochyliła się nade mną. – Nie odbiera.
Ściągnęła umalowane na czerwono usta, a jej gładka i wciąż młoda twarz stała się nagle dziwnie napięta. Od rana zachowywała się jakoś dziwnie, nie chciała ze mną rozmawiać… Śmiałam twierdzić, że to przez to drugie miejsce po krótkim, ale teraz nie byłam już pewna.
- Nie powinnaś się dekoncentrować – powiedziała po chwili i wyciągnęła w moją stronę swoją szczupłą dłoń. – Daj telefon, nie będzie ci teraz potrzebny.
Cofnęłam rękę, posyłając jej nieufne spojrzenie.
- Kornelia, powiedziałam coś!
- A ja zapytałam o coś!
- Nic się nie stało, pewnie znowu zapomniał i zasnął.
- On nigdy nie zapomina.
- Oddaj telefon.
- Se poradzę sama! – Tupnęłam łyżwą i odeszłam w swoją stronę. Czułam na sobie zaciekawione spojrzenia wszystkich tych, których wymijałam. I czułam się z tym fantastycznie.
Wróciłam na swoje miejsce i włożyłam dłonie do kieszeni, zaciskając prawą na obudowie komórki. Zadzwoni, musi…
Dzwoni! Ale nie, chwila…
- Babcia? Daj szybko dziadka, bo nie mogę zbyt długo rozmawiać. Jeszcze dwie dziewczyny i wychodzę na lód. Oglądacie?
- Och, Nelciu, kochanie… - Cichy głos babci został przerwany przez kilkukrotne zaciągnięcie się powietrzem. Odsunęłam telefon i spojrzałam na niego zdziwiona. Ona płacze?
- Babu, co się stało?
- To ty nic nie wiesz? - Spytała, na chwilę przerywając swoje zawodzenie. Szybki research informacji z ostatnich dni…
- Że wybrali nowego papieża? Wiem, wszyscy o tym trąbią.
- Nelcia! Dziadek!
- Co? Co z dziadkiem?
Muzyka zagrzmiała milionem instrumentów w momencie, gdy cały mój świat rozbił się na drobne kawałki. Opuściłam drżącą rękę, walcząc z płucami o powietrze. Nie, to nie może być prawda. Nie wierzę, to niemożliwe. Jeszcze dwa dni temu rozmawialiśmy.
Duszno, gorąco, wody. Rozejrzałam się panicznie dookoła, ale twarze wszystkich rozmazywały się przed moimi oczami, a ich głosy docierały do mnie jak przez ścianę. Nagle poczułam się między nimi taka obca, kompletnie mała, niepotrzebna. Nie powinnam tu być, muszę wrócić do Krakowa, jak najprędzej. Cholera jasna, dlaczego tu jest tak gorąco?
- Nelly, wszystko okej? – Głos Briana przebił się przez falę szumu. Posłałam mu przerażone spojrzenie, gdy położył dłoń na moim ramieniu i odwrócił w swoją stronę. – Dobry Boże, coś tak zbladła? Stresujesz się?
Nieznacznie pokręciłam głową, przełykając krzyk. Skóra mnie paliła, ale jednocześnie było mi zimno. Złapałam się za głowę i znów zaczęłam się rozglądać. Tym razem natknęłam się na baczne spojrzenie mamy. Wiedziała. I nic mi nie powiedziała. Jak mogła?
- Teraz twoja kolej.
Zupełnie automatycznie ściągnęłam z siebie kadrową bluzę i nawet nie patrząc na trenera, przeszłam przez bramkę. Nie zwróciłam uwagi na wrzawę, jaką wywołało moje nazwisko. Zupełnie bez namysłu zrobiłam kilka kółek i symulację wejścia w skok. A gdy podjechałam z powrotem do band, oparłam się o nie i pochyliłam głowę, biorąc serię wdechów.
- Coś się dzieje? Coś cię boli? Nelly, masz mi o wszystkim mówić. – Usłyszałam nad sobą Briana, na co pokręciłam głową. – Poradzisz sobie, różnica punktów nie jest wybitnie wielka. Skoki będą decydujące. Okej? – Kiwnęłam twierdząco. – Dobrze się czujesz?
- Tak.
Już po chwili stałam w odpowiednim miejscu, próbując sobie przypomnieć, jak, do cholery, szedł ten układ. Gdzie najpierw? Prawo? Lewo? Który skok był pierwszy?
Kompozycja Hansa Zimmera z Króla Lwa „To die for” rozbrzmiała w całej hali. Impuls pobudził moje nogi do rozpoczęcia programu o kolejne złoto. Obróciłam się wokół własnej osi i słysząc przyspieszenie muzyki ruszyłam pędem wzdłuż bandy. Czując odpowiedni moment przygotowałam się do potrójnego Lutza. Z trudem, ale ustany, choć lewa łyżwa uciekła mi przy lądowaniu. Szybko zatuszowałam tę wadę odpowiednimi krokami i szeroko rozkładając ramiona przygotowałam się do kompilacji dwóch skoków… Uda mi się, przecież to tylko potrójny Salchow i… Jezu Chryste, tylko podwójny Salchow zakończony na tyłku. Szybko pozbierałam się z lodu i ruszyłam dalej. W głowie miałam jeszcze dwa potrójne toeloopy, które powinnam wykonać, choć wiem, że szybko powinnam o nich zapomnieć. Ruszyłam dalej, prezentując, jak pięknie potrafię zagrać do muzyki. Podjechałam do innego miejsca i przeskakując z nogi na nogę rozkręciłam piruet z wyprostowaną w tyle nogą, którą po chwili przyciągnęłam do pleców, a następnie przez ramiona uniosłam do góry ponad głowę. Kończąc potknęłam się, ale szybko ruszyłam dalej. Podwójny Axel…Znów poczułam pod sobą lód. Ostatkiem silnej woli powstrzymałam się od uderzenia pięścią w płytę. Wstałam. Pod powiekami zaczynały wzbierać  łzy. W gardle wiązł płacz. Serce bolało jakby ktoś wbijał w nie tysiące igieł. Ale muszę to dokończyć. Dla niego. I już nie obchodzi mnie rezultat. Niech sobie Koreanka wygrywa, niech zgarnie wszystko. Tylko pozwólcie mi już stąd odejść…
Emocje zaczynały brać górę. Powoli traciłam wszystko spod kontroli i pozwalałam, by żal i rozgoryczenie przejęły ster. Kolejny skok zepsuty, tym razem złe wybicie zadecydowało o tym, że wykonałam tylko jeden obrót w powietrzu. Jeszcze mogłam naprawić to piruetami. Jedna poza… Dziadek… Druga poza… Odszedł… Trzecia poza… Skup się!
Odskoczyłam w lewo, znajdując się blisko bandy, wybiłam się do potrójnego Flipa i… koniec.
Krzyk kilkutysięcznej publiki odbił się jedynie echem w pulsującej głowie. Kolana zapiekły, od uderzenia w twardy lód, a ból w lewej kostce był rwący. Zacisnęłam zęby i sięgnęłam ręką do góry, odnajdując pod dłonią drewnianą powierzchnię bandy i chwyciłam się jej kurczowo, jakbym miała zaraz utonąć. Muzyka nie przestawała grać, ktoś coś krzyczał, a ja po prostu się poddałam. Łzy płynęły ciurkiem spod zaciśniętych powiek, a lewa pięść rytmicznie uderzała o taflę, potęgując ból. Krew z rozciętego czoła skapywała na lód, mieszając się ze słonymi łzami. Ogarnęła mnie ogromna bezsilność, której poddałam się całą sobą. Nie obchodzi mnie, że wszyscy patrzą. Że ci wszyscy ludzie widzą, jak poddaję się pierwszy raz w swoim życiu i nie umiem wstać z własnych kolan. Nigdy nie czułam się taka sama, taka samotna, taka opuszczona. Tak zupełnie sama ze wszystkim.
Bo jego nie ma. Odszedł.
I błagam, niech ktoś już wyłączy tę cholerną muzykę…

* * *

auć, znów się zgubiłam
zgubiłam się i nikt nie może mnie odnaleźć
tak, myślę, że mogłabym się poddać
znów się zgubiłam i nie czuję się bezpiecznie

* * *

- Dziadek był najbliższą mi osobą na świecie. – Przełknęłam ślinę i rękawem otarłam z policzka łzy. – Podczas gdy mama i babcia skupiały się na mojej karierze, on był przyjacielem, wychowywał mnie, uczył, jak być dobrym człowiekiem A gdy wychodziłam na lód, był największym fanem. Zawsze czułam od niego największe wsparcie. I gdy ja sama wymagałam od siebie prawie niemożliwego, on zawsze powtarzał, że wynik nie jest najważniejszy, tylko to, czy czuję się usatysfakcjonowana pracą, którą wykonałam. I tak właśnie było. Cieszyłam się, gdy moja ciężka praca dawała efekty, nawet jeśli nikt nie dawał mi za nie medalu… - Zatrzymałam się na chwilę, by spojrzeć na Thomasa. Leżał na boku ze splecionymi ramionami i spoglądał na mnie ze wzruszeniem, ale i smutkiem. W półmroku mogłam dostrzec jak jego usta lekko wyginają się ku górze, co dodało mi nieco odwagi. – Ale z wiekiem o tym zapominałam. Gdy zaczęłam odnosić większe sukcesy górę wzięły wpajane przez matkę wartości. Miałam nie patrzeć na innych, być najlepsza, być dumna ze swoich osiągnięć i dążyć do nich po trupach. – Prychnęłam zakrywając dłońmi oczy i kręcąc głową. – Boże, jakim ja byłam okropnym człowiekiem, Thomas! Czy dalej tak jest? – Spojrzałam na niego z resztkami nadziei, której sama nie zdążyłam jeszcze pogrzebać.
- Nie. – Prawie wyszeptał, kręcąc przekonująco głową. – Nie jest.
Przez chwilę nie umiałam oderwać od niego wzroku. A na pewno nie w momencie, gdy podniósł się i spojrzał na mnie błagalnie, jakby wyczuł, że mu nie wierzę. Byłam, dalej jestem osobą, którą się brzydzę za wszystko to, co zrobiła. Nie wierzę mu. Nie mam do tego podstaw. Ufam mu, ale nie wierzę.
- To nie twoja wina, zostałaś tego nauczona, nie wiedziałaś…
- Wiedziałam, Thomas, i to jest w tym wszystkim najgorsze. - Przerwałam mu,, nie panując nad drganiem swojego głosu. – Wiedziałam, co robię, tylko…
- Nie rozumiałaś tego. Hej… - mruknął, gdy zacisnęłam mocno powieki. A wtedy poczułam ciepło jego dłoni na swoich policzkach i włosach. I Boże, jaka ja byłam w tamtym momencie żałosna ze swoimi łzami. – Spójrz na mnie.
- Ja po prostu się bałam… - Wydusiłam z siebie, otwierając powoli oczy. Był tam. Tak blisko, taki przejęty, taki wyrozumiały, taki ciepły…
- To minęło. Nie ma już tamtej Kornelii. Teraz jest Nela, taka, jaką poznałem. Jaką cały czas poznaję. Taka, która siedzi tu przede mną i wygląda jak siedem nieszczęść z tym swoim opuchniętym nosem… - Uśmiechnął się szeroko, powodując tym samym mój cichy śmiech.
- Co ty możesz o mnie wiedzieć… - Buchnęłam przez zatkany nos, zwężając usta. – Nie znasz mnie.
- Może. – Przyznał i uśmiechnął się delikatnie. – Ale wiem, że jesteś uparta. Że sądzisz, że nie masz poczucia humoru, podczas gdy nie masz pojęcia, jak zabawna jesteś z tymi swoimi wszystkimi minami. Wiem, lubisz późno chodzić spać i jeszcze później wstawać. Wiem, że każdy dzień zaczynasz od zielonej herbaty i wiem, że lubisz zapach kawy, choć ją samą niespecjalnie. Wiem, że nie znosisz, gdy ktoś podsuwa ci wszystko pod nos i masz obsesję na punkcie sprzątania. I wiem też, że jesteś cienka w Scrabble, ale za to trzy razy ograłaś mnie w Fifę, choć wczoraj grałaś w nią po raz pierwszy w życiu. Mam wymieniać dalej?
Nie potrafiłam oderwać wzroku od jego roześmianych oczu, dzięki którym na chwilę tak po prostu zapomniałam. Doprawdy? Tak szybko dałam się poznać od tylu stron?
- Cztery razy. Wygrałam z tobą cztery razy.
Uśmiechnął się szeroko, po czym opuścił dłonie. Resztkami rozumu powstrzymałam się od jęku sprzeciwu, ale nim chociaż zdążyłam o tym pomyśleć, chwycił w końce palców moje własne i kiwnął głową.
- Dokończ – poprosił.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na niego. Było łatwiej; jakoś prościej mówiło się o tym wszystkim, gdy tu był, gdy słuchał i gdy rozumiał.
- I… I wiesz… Dziadek. Straciłam go wtedy… Straciłam najlepszego przyjaciela i chyba jedynego tak bliskiego mi człowieka… I wtedy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę straciłam wszystko – wydusiłam, zaciskając mocno oczy i czując powracającą złość. – Przez łyżwy.
- Jesteś pewna?
- Przez łyżwy nigdy nie miałam matki. Ona nigdy nie traktowała mnie jak córkę, zawsze widziała we mnie tylko zawodniczkę, którą musiała wychować na mistrzynię. Zawsze patrzyła tylko na sukces. Rozumiesz? Marzę, żeby mieć taki kontakt z mamą, jaki ty masz ze swoją! Ja nie wiem, jak to jest, gdy mama przytula cię tak po prostu, bez żadnego powodu, bo jesteś jej dzieckiem. Nie wiem, jak to jest usiąść z nią i porozmawiać o czymś innym, niż plan treningu. Gdybym nie łyżwy, może miałabym prawdziwą matkę!
Zacisnął wargi, zalewając mnie pełnym współczucia spojrzeniem.
- Ojciec? Póki mieszkał w Polsce, jakoś to wyglądało. Ale potem? Wiesz, co mi powiedział, gdy wyjeżdżał do Austrii? „Kora, nawet nie będziesz miała czasu za mną zatęsknić. Będziesz zbyt zajęta łyżwami!” I co? Ostatni raz rozmawiałam z nim pół roku temu. Nie zadzwonił na urodziny, ani na święta, bo myśli, że jestem ‘zbyt zajęta łyżwami’.
- Nela…
- W życiu miałam jednego faceta. Jednego. Wiesz, kim był? Łyżwiarzem. Pierdolonym kilkukrotnym mistrzem Europy, jednym z najlepszych zawodników ostatniej dekady. Byliśmy ze sobą półtora roku, po którym kopnął mnie w dupę, bo stwierdził, że próbuję robić własną karierę kosztem jego. Cholera, Thomas, kochałam go tak, że miałam ochotę to wszystko rzucić, byle tylko z nim być! Ale nie mogłam!
Trzęsłam się, nie panując nad własną złością i lejącymi się z oczu łzami. Nie potrafiłam się powstrzymać, nie umiałam już tak dłużej żyć. Czułam spływającą ze mnie ulgę, ale jednocześnie czułam strach.
- I czasem mi się wydaje, że moja własna przyjaciółka nienawidzi mnie za to wszystko, co udało mi się osiągnąć. Tyle razy miałam ochotę przytulić Lilkę i ją tak najzwyczajniej przeprosić za to, kim jestem…
- Już. Wystarczy.
Myślałam, że będę musiała go błagać, by w końcu zareagował i złapał mnie zanim całkiem się rozpadnę. Chwycił mnie w swoje ramiona i przycisnął do swojej klatki piersiowej tak mocno, jak tylko się dało. Kurczliwie trzymałam się jego przedramion, jakby był ostatnią deską ratunku.
Koniec. Ściana runęła. Jest on. Jestem ja.
Ciepło, które od niego biło wyciszało, oddech padający na moją szyję uspokajał, a jego zapach po prostu pozwalał zapomnieć. Łzy wsiąkały w materiał jego koszulki, na której kurczowo zaciskałam palce, próbując łapać oddech ustami. Nabranie tlenu w płuca nigdy nie było tak trudne.
- Walczyłam jeszcze… dla niego. – Gdy nie czułam już niczego, oprócz powoli opadającego z moich pleców ciężaru, mówiło się zdecydowanie lepiej. – Wróciłam do domu, zdążyłam na pogrzeb… I obiecałam sobie, że się nie dam. - Mówiłam w jego pierś kompletnie wypranym z emocji głosem, mając przed oczami te wszystkie lata przeszłości. Utkwiłam zmęczony wzrok w zdjęciu Thomasa z maleńką Lilly. Oczy były suche, a słowa ulatywały z popękanych ust bez większego namysłu. – Wyjechałam do Kanady. Trenowałam. Jak co roku, tylko sto razy ciężej. I nie dla mamy, tylko dla niego. Bo obiecałam. Miałam wrócić wraz z rozpoczęciem sezonu olimpijskiego. Odmieniona. Lepsza. Silniejsza. Niepokonana. Chciałam udowodnić, że wciąż jestem najlepsza. I miałam to zrobić w Soczi. – Westchnęłam, przymykając powieki, czując jego wplecione w moje włosy palce. Kolejna słona kropla uciekła z prawego oka. – Ale dużo myślałam. Może za dużo, nie wiem. Przeanalizowałam całe swoje życie, zobaczyłam, jakim jestem człowiekiem i stwierdziłam, że tak nie może dalej być, że… że ja przecież taka naprawdę nie jestem. I, że kocham to, co robię, ale nienawidzę tego, za jaką cenę. Byłam w stanie to wszystko rzucić, byleby móc porozmawiać normalnie z mamą, spędzić wspólne wakacje z tatą, szczęśliwie się zakochać i być dla Lilki przyjaciółką, a nie rywalką. Naprawdę… Wydawało mi się, że znalazłam złoty środek. Mogłam dalej jeździć i to wszystko osiągnąć, ale to wymagało tupnięcia nogą, postawienia się, a to z kolei nie odpowiadało mojej mamie… Wróciłam do Polski. Próbowałam z nią porozmawiać, ale była głupia, bo przecież tak naprawdę nigdy nie umiałam z nią rozmawiać. Tłumaczyłam jej, że dla mnie liczy się już tylko radość z jazdy, a nie wyniki. Że chcę zwolnić, zacząć powoli myśleć o zakończeniu kariery… Ale ona nie słuchała. Ona nigdy nie słuchała… Nie obchodziło jej, że jestem zmęczona, że czuję, że wszystkich tracę, a zwłaszcza ją. Nie wiem nawet, czy zauważyła, że nie mam już kilkunastu lat. Chciałam, aby spojrzała na mnie, jak na dorosłą kobietę, którą przecież sama wychowała… Na swój sposób, ale wychowała. Boże, naprawdę wydawało mi się, że ona zrozumie? – rzuciłam płaczliwie, cierpnąc na całym ciele. – Usłyszałam, że jestem niewdzięczna. Że nie doceniam tego wszystkiego, co dla mnie zrobiła. Że tak właśnie odpłacam się za te wszystkie lata, które poświęciła mi i mojej pożal się Boże karierze. I wiesz… Chyba właśnie wtedy oskarżyłam ją, że to wszystko, to przez nią. Pierw nieświadomie pozwoliłam jej tak myśleć, ale od słowa do słowa wykrzyczałam jej w twarz, że zniszczyła mi życie, że przez nią straciłam wszystkich dookoła i… Nigdy nie zapomnę jej twarzy, gdy powiedziałam, że śmierć dziadka, to jej wina… - Znów się zatrzęsłam, na co jego ramiona od razu zareagowały, zacieśniając uścisk. – Byłam wściekła, tak bardzo jej w tamtym momencie nienawidziłam. Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy. Chciałam ją od razu przeprosić, bo nie chciałam tego powiedzieć, ale było za późno. Pierwszy raz w życiu mnie uderzyła. Nie powiem, że nie zasłużyłam. Zdecydowanie powinna poprawić mi z drugiej strony, ale ona trzasnęła drzwiami, a ja… Spakowałam się i wsiadłam do pierwszego lepszego pociągu. A teraz jestem tutaj.
Zapadła cisza. Długa, spokojna, kojąca. Działająca jak lek, bo już nie musiałam wysłuchiwać swojego rozedrganego głosu, wygłaszającego najtrudniejszą spowiedź mojego życia. Skończyłam. Nareszcie. Nie powiem, że nagle poczułam się cudownie oczyszczona, bo to byłoby kłamstwo, a ja miałam ich już dosyć. Było… lepiej, lżej. Bardziej sennie…
Kołysał nami w uspokajającym rytmie. Czułam narastające zmęczenie, a opuchnięte powieki opadały, wbrew mojej chęci, aby jeszcze chwilę tak posiedzieć w jego ramionach i po prostu być. Bo przecież gdy zasnę, będę musiała liczyć się z tym, że w końcu się obudzę. A wtedy będę musiała spojrzeć mu w oczy ze świadomością, że spaliłam ostatni most. Jak będzie wtedy na mnie patrzył? Jak bardzo to zmieni jego stosunek do mnie? Czy w ogóle go zmieni? Co się jutro wydarzy?
Nawet wtedy, gdy wydaje mi się, że powiedziałam już wszystko, wciąż pozostało tak wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi.
- Thomas, czy ja źle zrobiłam?
Milczał przez dłuższą chwilę, przerywaną jedynie przez mój drżący, nierównomierny oddech i ciche skrzypienie łóżka, wywoływane każdym naszym ruchem. Nie oczekiwałam, że mi przytaknie, a gdyby zaprzeczył, to przecież nie miałabym mu tego za złe. Najważniejsze, że był.
- Stchórzyłam. Wszystko zniszczyłam.
- Nie, Nela. To tylko strach… - Jego głos w końcu zabrzęczał gdzieś nad moją głową. – A strach popycha nas do robienia rzeczy, których potem żałujemy.
To był ten moment, w którym chciałam zapytać, czego on kiedyś tak bardzo się boi? Co było jego głupotą? Czego żałuje? I co stoi za ukrywanym każdego dnia smutkiem, którego tak bardzo chcę pozbyć się z jego oczu? Kim jest Thomas, który skrywa się za uśmiechem?
- Dzięki, że nie posłuchałeś mnie wtedy w Villach – prawie wyszeptałam, chyba trochę samą siebie zawstydzając tym, co chciałam mu powiedzieć. Mruknął pytająco, na co nieznacznie uniosłam kąciki ust. – Dzięki, że jednak próbujesz bawić się w mojego przyjaciela. Naprawdę dobrze ci to wychodzi.
Zaśmiał się perliście i sięgnął ręką wzdłuż mojego ramienia, docierając do dłoni. Z niepokojem, ale iż ciekawością obserwowałam wędrówkę jego palców, które po chwili splótł wraz z moimi. To był bardzo dobry, ciepły gest. I naprawdę nie potrzebowałam więcej dla świadomości, że wreszcie go znalazłam.
- Jesteśmy tak samo popaprani, pamiętasz?
- Pamiętam, Thomas. Pamiętam.

* * *

bądź moim przyjacielem
trzymaj mniej w swoich objęciach
otul mnie i otwórz
jestem niewielka
jestem w potrzebie
ogrzewaj mnie
i oddychaj mną



*

No i tak to właśnie wygląda.
Mam wrażenie, że jakoś Was wystraszyłam i że przez te łyżwy gdzieś mi pouciekaliście, no bo ‘o czym ta Emma tu pierdzieli, my chcemy skoki!’. Skoki będą. Dużo skoków i reszty skoczków. Wracamy do świata żywych. Turniej Czterech Skoczni czeka. A ja stęskniłam się za Polakami.
Aaaaaanyway, dzięki, że jesteście i trwacie. I dzięki za te prawie 21 tysięcy wyświetleń, duże ŁAŁ.
I nudziło mi się straszliwie i bawiłam się w grafika. Nie byłabym sobą, jakbym pińcet razy nie zmieniała zakładki z bohaterami, ale teraz jest molto bene.

Wszystkim tym, którym 1 września zabił dzwonek życzę, aby ten nowy rok szkolny był pełen sukcesów, samych dobrych wrażeń i co byście nie zginęli pod książkami (pozdro, maturzyści!). A ja sobie dołączam do grona studentów i jeszcze przez miesiąc będę hajlajfić. :D