*
pomocy, znów to zrobiłam
byłam w tym miejscu już wiele razy
dziś znów zrobiłam sobie krzywdę
a najgorsze jest to,
że nie mogę nikogo za to winić
* * *
Gryzłam
wargę i mięłam w dłoniach materiał pościeli. Dolna warga bolała, opuszki palców
poczerwieniały, woda szumiała za ścianą, a ja wciąż nie wiedziałam, czy
powinnam pozwolić Morgensternowi rozbić ten coraz bardziej pękający mur. Mógł
to zrobić. Wydawał się być najodpowiedniejszą do tego osobą. Nie miałam
wątpliwości, mogę mu zaufać. Już mu ufam, bardziej niż sobie. Zaszliśmy tak
daleko, czy to nie najwyższy czas, aby powoli zakańczać tę grę? By w końcu
stanąć twarzą w twarz z przeszłością i obnażyć ją przed kimś, kto zrozumie?
Kto?
Kto, jak nie on? Oboje od czegoś uciekamy, oboje szukamy bezpieczeństwa i
kogoś, kto po prostu wykaże to cholerne zrozumienie, nie oceni nas i po prostu
będzie. Mimo wszystko.
-
Heeeeeeey brotheeeeeeer!
A
może nie? Wparował do pokoju z turbanem na głowie, wydając z siebie mniej lub
bardziej zbliżone do oryginalnej melodii dźwięki. A potem ze słabnącym „jeeee”
na ustach spojrzał na mnie i nagle umilkł, widząc moje zbolałe spojrzenie.
-
Wyglądasz, jakbyś chciała pogadać.
Opuściłam
wzrok, naciągając na dłonie rękawy bluzy. Jeszcze coś mnie powstrzymywało. A
wtedy zrzucił ręcznik, usiadł naprzeciwko, spojrzał na mnie swoimi pełnymi
ciepła oczami i nagle poczułam, że nie ma już żadnego muru. Jest tylko cienka
ściana ze szkła.
-
Nie przyjechałam do Titisee z Polakami…
-
Wiem – odpowiedział po chwili ciszy. Popatrzyłam na niego zaskoczona, na co
tylko wzruszył ramionami z bladym uśmiechem. – Widzieliśmy cię podczas treningu
jak gadasz z Kubackim. Piotrek śmiał się, że Dawid wyrywa jakąś miejscową
laskę, więc na jedno wyszło…
Pokręciłam
głową, siląc się na słaby uśmiech. Przyjazd do Titisee, pierwsze spotkanie z
Dawidem, nasza rozmowa… To było tak niedawno, a wydaje się, jakby minęło kilka
miesięcy.
-
To był przypadek. Pomyliłam pociągi. Chciałam pojechać do Kolonii, a znalazłam
się w Titisee… I akurat wtedy, gdy był tam Kamil. Nie miałam pojęcia, że go spotkam,
nie rozmawialiśmy od paru miesięcy…
-
Przecież się przyjaźnicie – zauważył. Przetarłam czoło, próbując jakoś się
uspokoić i powiedzieć na głos to, co najzwyczajniej mnie zawstydzało. Przez
cały ten czas robiłam wszystko, aby myślał, że jestem pewna siebie, odważna…
A
teraz muszę przyznać, że jestem tchórzem.
-
Proszę, nie oceniaj mnie… - zaczęłam, posyłając mu żałosny uśmiech i
przeszklone spojrzenie. Dojrzałam cień zaskoczenia na jego twarzy. Opuściłam
spojrzenie, aby nie musieć patrzeć mu w oczy, czując oblewający mnie wstyd. –
Uciekłam. Z Polski, z Krakowa, z domu… Uciekłam, odcinając się od wszystkich,
którzy mogliby mnie do niego ściągnąć. W tym od Kamila.
-
Wtedy, gdy…
-
Wtedy, gdy rzuciłam łyżwy, tak - wydusiłam i zacisnęłam mocno usta, czując, jak
głos zaczyna mi się łamać. – To był właściwie powód, dla którego wyjechałam.
-
Nela, jeśli nie chcesz…
-
Chcę! – warknęłam, unosząc głowę i wbijając w niego zdecydowane spojrzenie.
Zacisnęłam pięści, pozwalając zbyt długim paznokciom wbić się w skórę. – Chcę -
powtórzyłam nieco ciszej, czując jak nagły przypływ złości powoli ze mnie ulatuje.
– To już najwyższa pora.
Pokiwał
głową. Wzięłam głęboki wdech, szczelnie obejmując się ramionami i próbując
przetrwać falę grzęznącego w gardle smutku.
-
Od dziecka wychowywano mnie na mistrzynię… - zaczęłam cicho, czując rosnące
zażenowanie. – Boże, to była chyba największa życiowa ambicja mojej matki. Nie
to, żebym wyrosła na uczciwego, szczerego człowieka; nie to, żebym miała
szacunek do takich wartości, jak rodzina, przyjaźń, ojczyzna, Bóg. Nie. Dla
niej liczyło się tylko to, abym z każdym dniem była coraz lepsza w tym, co ona
kochała najbardziej na świecie. I wiesz… Czasem miewam wrażenie, że w ten
sposób mściła się na mnie za to, że urodziłam się wtedy, gdy miała największą
szansę na sukces. Ale widzisz, pojawiłam się i jej marzenia…
-
Stały się twoimi. – Dokończył za mnie. Pokiwałam głową i podciągnęłam kolana pod
brodę.
-
Ale to też nie było tak, że do czegoś mnie zmuszano, nie. Po prostu… Łyżwy i
lód były zawsze. W każdym wspomnieniu z dzieciństwa i na każdym zdjęciu.
Pamiętam… Pamiętam, jak jako taki mały, ledwo odrośnięty od ziemi brzdąc
przychodziłam z mamą na lodowisko. Patrzyłam jak jeździ, jaka była wtedy piękna
i marzyłam, aby być taka jak ona. Tylko, że wtedy nie sądziłam, że to może być
takie trudne, takie wymagające… Mając pięć-sześć lat chciałam po prostu
jeździć, mieć ładną sukienkę i żeby wszyscy bili mi brawo. Ale słysząc ciągle
nad uchem „musisz się bardziej postarać”, „musisz schudnąć”, „musisz się
poprawić” nawet o tym nie myślałam, bo nagle coś, co było tylko dziecięcym
marzeniem stało się dorosłą rzeczywistością dla dziewięciolatki. Jasne,
chciałam tego, dobrowolnie zgadzałam się na wszystko, bo tak właściwie…
kochałam to. Kochałam to, co robiłam, czułam się przez to jakoś wyjątkowo,
cieszyłam się, gdy robiłam postępy, gdy wygrywałam, gdy mama była ze mnie
dumna… - Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie jej śmiech, ciepło i
zapach, gdy tak po prostu przytuliła mnie po pierwszych mistrzostwach Polski,
zakończonych srebrem, gdy miałam czternaście lat. Otuliłam się szczelniej
ramionami, podświadomie pragnąć znów poczuć to samo. - Doskonaliłam każdy
element, spędzając całe dnie na lodzie, co przekładało się na wyniki, pierw lokalne,
potem państwowe, a potem… Boże, byłam głupią piętnastolatką, gdy wygrałam
mistrzostwa świata w juniorach. Dziewczyny w moim wieku oglądały koncerty młodego
Timberlake’a, miały pierwszych chłopaków, chodziły na imprezy i paliły
papierosy, a ja zapieprzałam na lodowisku dniami i nocami, by zostać jakąś
cholerną mistrzynią! Kto odbiera swojemu dziecku najlepsze lata bycia
nastolatką?
Milczał,
ale nie czekałam na to, by przytaknął, by się ze mną zgodził, by powiedział, że
tak, to chore, tak nie powinno być. Bo przecież zgodziłam się na to.
-
Rok później startowałam już w seniorach na światowym poziomie, wyobrażasz to
sobie? Z roku na rok wyniki były coraz lepsze, treningi coraz cięższe… Od ośmiu
lat, co rok, od maja do września siedziałam w Kanadzie z najlepszymi trenerami,
przygotowując się do kolejnych sezonów. Dawałam z siebie wszystko, bo
wiedziałam, że gdzieś tam w Polsce mama bardzo na mnie liczy. I wiesz… Spędzając
całe dnie na treningach myślałam tylko o tym, że gdy zobaczy moje postępy powie
mi, że jest dumna i że dobrze się spisałam.
-
I była?
-
„Bywała” to lepsze określenie. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Mama jest
perfekcjonistką, co niestety po niej odziedziczyłam… - mruknęłam, czując
niechęć do tego powiązania. – I tak to było. Wyniki były coraz lepsze, zawody
coraz poważniejsze…
-
Turyn? Igrzyska? – Trącił mnie ramieniem, uśmiechając się znacząco, siłą rzeczy
zmuszając kąciki moich ust do uniesienia się.
-
Jasne, pierwsze igrzyska i od razu siódme miejsce, nie mając nawet pełnej
siedemnastki. - Uśmiech mimowolnie się powiększył, gdy przypomniałam sobie
zżerającą mnie tremę. A potem był tylko świetny program krótki i nieco słabszy
długi, które miały być tylko zapowiedzią tego, co miało wydarzyć się cztery
lata później. – Wtedy właśnie poznałam Kamila. Oboje byliśmy przerażeni tak
wielką imprezą, nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka. Byliśmy tylko dzieciakami.
-
Nie wierzę, że byłaś tak blisko…
Wymusiłam
cichy śmiech.
-
Thomas, pamiętasz jak cztery lata później w Whistler po drugim konkursie
podszedłeś na parkingu do Polaków? – Zmrużył oczy, patrząc na mnie pytająco. –
Byłam tam razem z nimi. Pomachałeś mi.
Jedynie
uśmiechnął się przepraszająco, pocierając ręką potylicę. Jasne. Nie
spodziewałam się, że jednak będzie pamiętał. Uniosłam lekko kąciki ust, śmiejąc
się z własnej głupoty.
-
I co z tym Vancouver?
-
Nic. – Wzruszyłam ramionami. – Europejska nadzieja na medal w figurówce
spłonęła z drugim zepsutym skokiem. Wcześniej dwa medale na mistrzostwach
Europy, w tym jedno złoto, dwa razy podium na mistrzostwach świata… Spieprzyłam
sprawę, czwarte miejsce, choć po programie krótkim było trzecie. Starałam się,
cholernie mocno starałam się być najlepsza, ale przedobrzyłam. Tylko, że to był
taki przełom. Od tamtej pory przestałam w ogóle myśleć o porażce, nawet nie
przyjmując do siebie jakiejkolwiek świadomości, że mogłabym nie być na podium.
W tamtym roku… Cholera, Thomas, w tamtym roku osiągnęłam to, o czym zawsze
marzyłam. Mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata, czy ty wiesz, co to znaczy w
łyżwiarskim świecie?
Oczywiście,
że nie wiedział.
-
Wydawało mi się, że mogę wszystko. Ambicja wzięła górę, a pasmo sukcesów
zrobiło swoje… - Nieprzyjemny skurcz ścisnął mój żołądek na myśl o wszystkim
tym, co robiłam, co mówiłam, jaka byłam wobec innych i wobec siebie. Zacisnęłam
oczy, starając się wmówić sobie, że to już minęło. – I wszystko było okej… do tegorocznych
mistrzostw świata. Zdobyłam Europę, więc fantastycznie byłoby powtórzyć sukces
sprzed roku i obronić tytuł na globie. – Głos jakoś mi się załamał, gdy pamięcią
powróciłam do marca i zawodów sprzed dosłownie dziewięciu miesięcy. Spięłam
mięśnie, chcąc zawalczyć z nadciągająca falą dreszczy. A jednak to nie było
takie proste…
-
Wtedy, gdy upadłaś? – spytał cicho.
-
To nie był zwykły upadek! – Podniosłam rozedrgany głos, odtrącając zbliżającą
się do mojego ramienia jego rękę. – Wy wszyscy mówicie, że to tylko upadek!
Tylko! Nawet nie wiecie, co tam się stało! – Ostatkiem sił próbowałam
powstrzymać się od krzyku. Zasłoniłam dłońmi usta, próbując zapanować nad
świszczącym oddechem i zacisnęłam wilgotniejące oczy.
-
Nela…
-
To był dzień wielkiego finału…
*
* *
Mistrzostwa Świata
w Łyżwiarstwie Figurowym, London 2013
Nie odbierał
telefonu, pewnie znowu śpi popołudniu. A potem będzie narzekał, że nie może w
nocy zasnąć. Westchnęłam. Wsunęłam komórkę w kieszeń bluzy i stanęłam przed
lustrem. Czarna, koronkowa sukienka z długim rękawem idealnie przylegała do
ciała. Przejechałam dłonią po ciasno upiętych włosach i stwierdziłam, że jest
dobrze. Prawie. Całość psuło drugie miejsce po krótkim programie, a wiedziałam,
że Yuny Kim tak łatwo nie prześcignę. Ale nie ma rzeczy niemożliwych, Koreanka
nie jest poza zasięgiem. Tak zresztą powiedział Brian Orser, były trener Yuny,
a następca wielkiej Tatiany Tarasovej, która po dwóch latach postanowiła
powiedzieć mi ‘do swidania’.
Naciągnęłam na
ramiona bluzę i skierowałam się do wyjścia z garderoby. Skupiona na
odplątywaniu słuchawek nawet nie zwracałam uwagi na to, gdzie idę.
I kto wpada mi pod
nogi.
- Oh my God, I’m sorry! I’m so, so, so sorry!
Rzuciłam przerażone
spojrzenie swojemu iPodowi, który cudem nie rozwalił się na kafelkach, a potem
przeniosłam je na niziutką blondyneczkę w ciemnoniebieskiej sukience.
Amerykanka, pierwszy raz na mistrzostwach świata, no jasne.
- O matko, Kornelia
Kubiak, jestem ogromną fanką! – Pisnęła, sprzątając z podłogi mój odtwarzacz.
Wlepiła we mnie spojrzenie swoich dużych oczu i prawie się zapowietrzyła. –
Uwielbiam twoje spirale! I świetnie skaczesz! Chciałabym kiedyś osiągnąć tyle,
co ty!
Idiotka. Urocza
mała idiotka, która traci mój cenny czas i wyprowadza ze skupienia.
- Patrz, jak
łazisz, Gracie – warknęłam, wyrywając z jej rąk swoją własność i zostawiając ją
taką zszokowaną, ruszyłam w stronę, z której dobiegał najpiękniejszy dźwięk
świata. Oklaskująca, wiwatująca publiczność. Stanęłam przy barierce, obserwując
przygotowującą się do występu młodą Rosjankę i odchylając się od pręta na
odległość ramion, nieco je rozciągnęłam. Miałam jeszcze trochę czasu, nim miała
nadejść moja kolej, więc w spokoju robiłam rozeznanie w terenie, nie
wypuszczając telefonu z ręki. Obiecał, że zadzwoni. Zawsze dzwoni przed
zawodami.
Rozejrzałam się
dookoła. Niedaleko przejścia dla zawodniczek siedziała mama, szybko do niej
podreptałam i stając na czubkach płoz, pociągnęłam ją za koniec płaszcza.
- Coś się stało? –
Spytałam, gdy spojrzała na mnie pytająco i pochyliła się nade mną. – Nie
odbiera.
Ściągnęła umalowane
na czerwono usta, a jej gładka i wciąż młoda twarz stała się nagle dziwnie
napięta. Od rana zachowywała się jakoś dziwnie, nie chciała ze mną rozmawiać…
Śmiałam twierdzić, że to przez to drugie miejsce po krótkim, ale teraz nie
byłam już pewna.
- Nie powinnaś się
dekoncentrować – powiedziała po chwili i wyciągnęła w moją stronę swoją
szczupłą dłoń. – Daj telefon, nie będzie ci teraz potrzebny.
Cofnęłam rękę,
posyłając jej nieufne spojrzenie.
- Kornelia,
powiedziałam coś!
- A ja zapytałam o
coś!
- Nic się nie
stało, pewnie znowu zapomniał i zasnął.
- On nigdy nie
zapomina.
- Oddaj telefon.
- Se poradzę sama!
– Tupnęłam łyżwą i odeszłam w swoją stronę. Czułam na sobie zaciekawione
spojrzenia wszystkich tych, których wymijałam. I czułam się z tym
fantastycznie.
Wróciłam na swoje
miejsce i włożyłam dłonie do kieszeni, zaciskając prawą na obudowie komórki.
Zadzwoni, musi…
Dzwoni! Ale nie,
chwila…
- Babcia? Daj
szybko dziadka, bo nie mogę zbyt długo rozmawiać. Jeszcze dwie dziewczyny i
wychodzę na lód. Oglądacie?
- Och, Nelciu,
kochanie… - Cichy głos babci został przerwany przez kilkukrotne zaciągnięcie
się powietrzem. Odsunęłam telefon i spojrzałam na niego zdziwiona. Ona płacze?
- Babu, co się
stało?
- To ty nic nie
wiesz? - Spytała, na chwilę przerywając swoje zawodzenie. Szybki research
informacji z ostatnich dni…
- Że wybrali nowego
papieża? Wiem, wszyscy o tym trąbią.
- Nelcia! Dziadek!
- Co? Co z
dziadkiem?
Muzyka zagrzmiała
milionem instrumentów w momencie, gdy cały mój świat rozbił się na drobne
kawałki. Opuściłam drżącą rękę, walcząc z płucami o powietrze. Nie, to nie może
być prawda. Nie wierzę, to niemożliwe. Jeszcze dwa dni temu rozmawialiśmy.
Duszno, gorąco,
wody. Rozejrzałam się panicznie dookoła, ale twarze wszystkich rozmazywały się
przed moimi oczami, a ich głosy docierały do mnie jak przez ścianę. Nagle
poczułam się między nimi taka obca, kompletnie mała, niepotrzebna. Nie powinnam
tu być, muszę wrócić do Krakowa, jak najprędzej. Cholera jasna, dlaczego tu
jest tak gorąco?
- Nelly, wszystko
okej? – Głos Briana przebił się przez falę szumu. Posłałam mu przerażone
spojrzenie, gdy położył dłoń na moim ramieniu i odwrócił w swoją stronę. –
Dobry Boże, coś tak zbladła? Stresujesz się?
Nieznacznie
pokręciłam głową, przełykając krzyk. Skóra mnie paliła, ale jednocześnie było
mi zimno. Złapałam się za głowę i znów zaczęłam się rozglądać. Tym razem
natknęłam się na baczne spojrzenie mamy. Wiedziała. I nic mi nie powiedziała. Jak
mogła?
- Teraz twoja
kolej.
Zupełnie
automatycznie ściągnęłam z siebie kadrową bluzę i nawet nie patrząc na trenera,
przeszłam przez bramkę. Nie zwróciłam uwagi na wrzawę, jaką wywołało moje
nazwisko. Zupełnie bez namysłu zrobiłam kilka kółek i symulację wejścia w skok.
A gdy podjechałam z powrotem do band, oparłam się o nie i pochyliłam głowę,
biorąc serię wdechów.
- Coś się dzieje?
Coś cię boli? Nelly, masz mi o wszystkim mówić. – Usłyszałam nad sobą Briana,
na co pokręciłam głową. – Poradzisz sobie, różnica punktów nie jest wybitnie
wielka. Skoki będą decydujące. Okej? – Kiwnęłam twierdząco. – Dobrze się
czujesz?
- Tak.
Już po chwili
stałam w odpowiednim miejscu, próbując sobie przypomnieć, jak, do cholery,
szedł ten układ. Gdzie najpierw? Prawo? Lewo? Który skok był pierwszy?
Kompozycja Hansa
Zimmera z Króla Lwa „To die for” rozbrzmiała w całej hali. Impuls pobudził moje
nogi do rozpoczęcia programu o kolejne złoto. Obróciłam się wokół własnej osi i
słysząc przyspieszenie muzyki ruszyłam pędem wzdłuż bandy. Czując odpowiedni
moment przygotowałam się do potrójnego Lutza. Z trudem, ale ustany, choć lewa
łyżwa uciekła mi przy lądowaniu. Szybko zatuszowałam tę wadę odpowiednimi
krokami i szeroko rozkładając ramiona przygotowałam się do kompilacji dwóch
skoków… Uda mi się, przecież to tylko potrójny Salchow i… Jezu Chryste, tylko
podwójny Salchow zakończony na tyłku. Szybko pozbierałam się z lodu i ruszyłam
dalej. W głowie miałam jeszcze dwa potrójne toeloopy, które powinnam wykonać,
choć wiem, że szybko powinnam o nich zapomnieć. Ruszyłam dalej, prezentując,
jak pięknie potrafię zagrać do muzyki. Podjechałam do innego miejsca i
przeskakując z nogi na nogę rozkręciłam piruet z wyprostowaną w tyle nogą,
którą po chwili przyciągnęłam do pleców, a następnie przez ramiona uniosłam do
góry ponad głowę. Kończąc potknęłam się, ale szybko ruszyłam dalej. Podwójny
Axel…Znów poczułam pod sobą lód. Ostatkiem silnej woli powstrzymałam się od
uderzenia pięścią w płytę. Wstałam. Pod powiekami zaczynały wzbierać łzy. W gardle wiązł płacz. Serce bolało jakby
ktoś wbijał w nie tysiące igieł. Ale muszę to dokończyć. Dla niego. I już nie obchodzi
mnie rezultat. Niech sobie Koreanka wygrywa, niech zgarnie wszystko. Tylko
pozwólcie mi już stąd odejść…
Emocje zaczynały
brać górę. Powoli traciłam wszystko spod kontroli i pozwalałam, by żal i
rozgoryczenie przejęły ster. Kolejny skok zepsuty, tym razem złe wybicie
zadecydowało o tym, że wykonałam tylko jeden obrót w powietrzu. Jeszcze mogłam
naprawić to piruetami. Jedna poza… Dziadek… Druga poza… Odszedł… Trzecia poza…
Skup się!
Odskoczyłam w lewo,
znajdując się blisko bandy, wybiłam się do potrójnego Flipa i… koniec.
Krzyk
kilkutysięcznej publiki odbił się jedynie echem w pulsującej głowie. Kolana
zapiekły, od uderzenia w twardy lód, a ból w lewej kostce był rwący. Zacisnęłam
zęby i sięgnęłam ręką do góry, odnajdując pod dłonią drewnianą powierzchnię
bandy i chwyciłam się jej kurczowo, jakbym miała zaraz utonąć. Muzyka nie
przestawała grać, ktoś coś krzyczał, a ja po prostu się poddałam. Łzy płynęły
ciurkiem spod zaciśniętych powiek, a lewa pięść rytmicznie uderzała o taflę, potęgując
ból. Krew z rozciętego czoła skapywała na lód, mieszając się ze słonymi łzami.
Ogarnęła mnie ogromna bezsilność, której poddałam się całą sobą. Nie obchodzi
mnie, że wszyscy patrzą. Że ci wszyscy ludzie widzą, jak poddaję się pierwszy
raz w swoim życiu i nie umiem wstać z własnych kolan. Nigdy nie czułam się taka
sama, taka samotna, taka opuszczona. Tak zupełnie sama ze wszystkim.
Bo jego nie ma.
Odszedł.
I błagam, niech
ktoś już wyłączy tę cholerną muzykę…
* * *
auć, znów się zgubiłam
zgubiłam się i nikt nie może mnie odnaleźć
tak, myślę, że mogłabym się poddać
znów się zgubiłam i nie czuję się bezpiecznie
* * *
-
Dziadek był najbliższą mi osobą na świecie. – Przełknęłam ślinę i rękawem otarłam
z policzka łzy. – Podczas gdy mama i babcia skupiały się na mojej karierze, on
był przyjacielem, wychowywał mnie, uczył, jak być dobrym człowiekiem A gdy
wychodziłam na lód, był największym fanem. Zawsze czułam od niego największe
wsparcie. I gdy ja sama wymagałam od siebie prawie niemożliwego, on zawsze
powtarzał, że wynik nie jest najważniejszy, tylko to, czy czuję się
usatysfakcjonowana pracą, którą wykonałam. I tak właśnie było. Cieszyłam się,
gdy moja ciężka praca dawała efekty, nawet jeśli nikt nie dawał mi za nie
medalu… - Zatrzymałam się na chwilę, by spojrzeć na Thomasa. Leżał na boku ze
splecionymi ramionami i spoglądał na mnie ze wzruszeniem, ale i smutkiem. W
półmroku mogłam dostrzec jak jego usta lekko wyginają się ku górze, co dodało
mi nieco odwagi. – Ale z wiekiem o tym zapominałam. Gdy zaczęłam odnosić większe
sukcesy górę wzięły wpajane przez matkę wartości. Miałam nie patrzeć na innych,
być najlepsza, być dumna ze swoich osiągnięć i dążyć do nich po trupach. –
Prychnęłam zakrywając dłońmi oczy i kręcąc głową. – Boże, jakim ja byłam
okropnym człowiekiem, Thomas! Czy dalej tak jest? – Spojrzałam na niego z
resztkami nadziei, której sama nie zdążyłam jeszcze pogrzebać.
-
Nie. – Prawie wyszeptał, kręcąc przekonująco głową. – Nie jest.
Przez
chwilę nie umiałam oderwać od niego wzroku. A na pewno nie w momencie, gdy
podniósł się i spojrzał na mnie błagalnie, jakby wyczuł, że mu nie wierzę.
Byłam, dalej jestem osobą, którą się brzydzę za wszystko to, co zrobiła. Nie
wierzę mu. Nie mam do tego podstaw. Ufam mu, ale nie wierzę.
-
To nie twoja wina, zostałaś tego nauczona, nie wiedziałaś…
-
Wiedziałam, Thomas, i to jest w tym wszystkim najgorsze. - Przerwałam mu,, nie
panując nad drganiem swojego głosu. – Wiedziałam, co robię, tylko…
-
Nie rozumiałaś tego. Hej… - mruknął, gdy zacisnęłam mocno powieki. A wtedy
poczułam ciepło jego dłoni na swoich policzkach i włosach. I Boże, jaka ja
byłam w tamtym momencie żałosna ze swoimi łzami. – Spójrz na mnie.
-
Ja po prostu się bałam… - Wydusiłam z siebie, otwierając powoli oczy. Był tam.
Tak blisko, taki przejęty, taki wyrozumiały, taki ciepły…
-
To minęło. Nie ma już tamtej Kornelii. Teraz jest Nela, taka, jaką poznałem. Jaką
cały czas poznaję. Taka, która siedzi tu przede mną i wygląda jak siedem
nieszczęść z tym swoim opuchniętym nosem… - Uśmiechnął się szeroko, powodując
tym samym mój cichy śmiech.
-
Co ty możesz o mnie wiedzieć… - Buchnęłam przez zatkany nos, zwężając usta. –
Nie znasz mnie.
-
Może. – Przyznał i uśmiechnął się delikatnie. – Ale wiem, że jesteś uparta. Że
sądzisz, że nie masz poczucia humoru, podczas gdy nie masz pojęcia, jak zabawna
jesteś z tymi swoimi wszystkimi minami. Wiem, lubisz późno chodzić spać i
jeszcze później wstawać. Wiem, że każdy dzień zaczynasz od zielonej herbaty i
wiem, że lubisz zapach kawy, choć ją samą niespecjalnie. Wiem, że nie znosisz,
gdy ktoś podsuwa ci wszystko pod nos i masz obsesję na punkcie sprzątania. I
wiem też, że jesteś cienka w Scrabble, ale za to trzy razy ograłaś mnie w Fifę,
choć wczoraj grałaś w nią po raz pierwszy w życiu. Mam wymieniać dalej?
Nie
potrafiłam oderwać wzroku od jego roześmianych oczu, dzięki którym na chwilę
tak po prostu zapomniałam. Doprawdy? Tak szybko dałam się poznać od tylu stron?
-
Cztery razy. Wygrałam z tobą cztery razy.
Uśmiechnął
się szeroko, po czym opuścił dłonie. Resztkami rozumu powstrzymałam się od jęku
sprzeciwu, ale nim chociaż zdążyłam o tym pomyśleć, chwycił w końce palców moje
własne i kiwnął głową.
-
Dokończ – poprosił.
Wzięłam
głęboki oddech i spojrzałam na niego. Było łatwiej; jakoś prościej mówiło się o
tym wszystkim, gdy tu był, gdy słuchał i gdy rozumiał.
-
I… I wiesz… Dziadek. Straciłam go wtedy… Straciłam najlepszego przyjaciela i
chyba jedynego tak bliskiego mi człowieka… I wtedy zdałam sobie sprawę, że tak
naprawdę straciłam wszystko – wydusiłam, zaciskając mocno oczy i czując powracającą
złość. – Przez łyżwy.
-
Jesteś pewna?
-
Przez łyżwy nigdy nie miałam matki. Ona nigdy nie traktowała mnie jak córkę,
zawsze widziała we mnie tylko zawodniczkę, którą musiała wychować na
mistrzynię. Zawsze patrzyła tylko na sukces. Rozumiesz? Marzę, żeby mieć taki
kontakt z mamą, jaki ty masz ze swoją! Ja nie wiem, jak to jest, gdy mama przytula
cię tak po prostu, bez żadnego powodu, bo jesteś jej dzieckiem. Nie wiem, jak to
jest usiąść z nią i porozmawiać o czymś innym, niż plan treningu. Gdybym nie łyżwy,
może miałabym prawdziwą matkę!
Zacisnął
wargi, zalewając mnie pełnym współczucia spojrzeniem.
-
Ojciec? Póki mieszkał w Polsce, jakoś to wyglądało. Ale potem? Wiesz, co mi
powiedział, gdy wyjeżdżał do Austrii? „Kora, nawet nie będziesz miała czasu za
mną zatęsknić. Będziesz zbyt zajęta łyżwami!” I co? Ostatni raz rozmawiałam z
nim pół roku temu. Nie zadzwonił na urodziny, ani na święta, bo myśli, że
jestem ‘zbyt zajęta łyżwami’.
-
Nela…
-
W życiu miałam jednego faceta. Jednego. Wiesz, kim był? Łyżwiarzem. Pierdolonym
kilkukrotnym mistrzem Europy, jednym z najlepszych zawodników ostatniej dekady.
Byliśmy ze sobą półtora roku, po którym kopnął mnie w dupę, bo stwierdził, że
próbuję robić własną karierę kosztem jego. Cholera, Thomas, kochałam go tak, że
miałam ochotę to wszystko rzucić, byle tylko z nim być! Ale nie mogłam!
Trzęsłam
się, nie panując nad własną złością i lejącymi się z oczu łzami. Nie potrafiłam
się powstrzymać, nie umiałam już tak dłużej żyć. Czułam spływającą ze mnie
ulgę, ale jednocześnie czułam strach.
-
I czasem mi się wydaje, że moja własna przyjaciółka nienawidzi mnie za to
wszystko, co udało mi się osiągnąć. Tyle razy miałam ochotę przytulić Lilkę i
ją tak najzwyczajniej przeprosić za to, kim jestem…
-
Już. Wystarczy.
Myślałam,
że będę musiała go błagać, by w końcu zareagował i złapał mnie zanim całkiem się
rozpadnę. Chwycił mnie w swoje ramiona i przycisnął do swojej klatki piersiowej
tak mocno, jak tylko się dało. Kurczliwie trzymałam się jego przedramion, jakby
był ostatnią deską ratunku.
Koniec.
Ściana runęła. Jest on. Jestem ja.
Ciepło,
które od niego biło wyciszało, oddech padający na moją szyję uspokajał, a jego
zapach po prostu pozwalał zapomnieć. Łzy wsiąkały w materiał jego koszulki, na
której kurczowo zaciskałam palce, próbując łapać oddech ustami. Nabranie tlenu
w płuca nigdy nie było tak trudne.
-
Walczyłam jeszcze… dla niego. – Gdy nie czułam już niczego, oprócz powoli
opadającego z moich pleców ciężaru, mówiło się zdecydowanie lepiej. – Wróciłam
do domu, zdążyłam na pogrzeb… I obiecałam sobie, że się nie dam. - Mówiłam w
jego pierś kompletnie wypranym z emocji głosem, mając przed oczami te wszystkie
lata przeszłości. Utkwiłam zmęczony wzrok w zdjęciu Thomasa z maleńką Lilly.
Oczy były suche, a słowa ulatywały z popękanych ust bez większego namysłu. –
Wyjechałam do Kanady. Trenowałam. Jak co roku, tylko sto razy ciężej. I nie dla
mamy, tylko dla niego. Bo obiecałam. Miałam wrócić wraz z rozpoczęciem sezonu
olimpijskiego. Odmieniona. Lepsza. Silniejsza. Niepokonana. Chciałam udowodnić,
że wciąż jestem najlepsza. I miałam to zrobić w Soczi. – Westchnęłam,
przymykając powieki, czując jego wplecione w moje włosy palce. Kolejna słona
kropla uciekła z prawego oka. – Ale dużo myślałam. Może za dużo, nie wiem.
Przeanalizowałam całe swoje życie, zobaczyłam, jakim jestem człowiekiem i
stwierdziłam, że tak nie może dalej być, że… że ja przecież taka naprawdę nie
jestem. I, że kocham to, co robię, ale nienawidzę tego, za jaką cenę. Byłam w
stanie to wszystko rzucić, byleby móc porozmawiać normalnie z mamą, spędzić
wspólne wakacje z tatą, szczęśliwie się zakochać i być dla Lilki przyjaciółką,
a nie rywalką. Naprawdę… Wydawało mi się, że znalazłam złoty środek. Mogłam
dalej jeździć i to wszystko osiągnąć, ale to wymagało tupnięcia nogą,
postawienia się, a to z kolei nie odpowiadało mojej mamie… Wróciłam do Polski.
Próbowałam z nią porozmawiać, ale była głupia, bo przecież tak naprawdę nigdy
nie umiałam z nią rozmawiać. Tłumaczyłam jej, że dla mnie liczy się już tylko
radość z jazdy, a nie wyniki. Że chcę zwolnić, zacząć powoli myśleć o
zakończeniu kariery… Ale ona nie słuchała. Ona nigdy nie słuchała… Nie obchodziło jej, że jestem zmęczona, że
czuję, że wszystkich tracę, a zwłaszcza ją. Nie wiem nawet, czy zauważyła, że
nie mam już kilkunastu lat. Chciałam, aby spojrzała na mnie, jak na dorosłą
kobietę, którą przecież sama wychowała… Na swój sposób, ale wychowała. Boże,
naprawdę wydawało mi się, że ona zrozumie? – rzuciłam płaczliwie, cierpnąc na
całym ciele. – Usłyszałam, że jestem niewdzięczna. Że nie doceniam tego
wszystkiego, co dla mnie zrobiła. Że tak właśnie odpłacam się za te wszystkie
lata, które poświęciła mi i mojej pożal się Boże karierze. I wiesz… Chyba
właśnie wtedy oskarżyłam ją, że to wszystko, to przez nią. Pierw nieświadomie
pozwoliłam jej tak myśleć, ale od słowa do słowa wykrzyczałam jej w twarz, że
zniszczyła mi życie, że przez nią straciłam wszystkich dookoła i… Nigdy nie
zapomnę jej twarzy, gdy powiedziałam, że śmierć dziadka, to jej wina… - Znów się
zatrzęsłam, na co jego ramiona od razu zareagowały, zacieśniając uścisk. –
Byłam wściekła, tak bardzo jej w tamtym momencie nienawidziłam. Nigdy nie
zapomnę wyrazu jej twarzy. Chciałam ją od razu przeprosić, bo nie chciałam tego
powiedzieć, ale było za późno. Pierwszy raz w życiu mnie uderzyła. Nie powiem,
że nie zasłużyłam. Zdecydowanie powinna poprawić mi z drugiej strony, ale ona
trzasnęła drzwiami, a ja… Spakowałam się i wsiadłam do pierwszego lepszego
pociągu. A teraz jestem tutaj.
Zapadła
cisza. Długa, spokojna, kojąca. Działająca jak lek, bo już nie musiałam
wysłuchiwać swojego rozedrganego głosu, wygłaszającego najtrudniejszą spowiedź
mojego życia. Skończyłam. Nareszcie. Nie powiem, że nagle poczułam się cudownie
oczyszczona, bo to byłoby kłamstwo, a ja miałam ich już dosyć. Było… lepiej,
lżej. Bardziej sennie…
Kołysał
nami w uspokajającym rytmie. Czułam narastające zmęczenie, a opuchnięte powieki
opadały, wbrew mojej chęci, aby jeszcze chwilę tak posiedzieć w jego ramionach
i po prostu być. Bo przecież gdy zasnę, będę musiała liczyć się z tym, że w
końcu się obudzę. A wtedy będę musiała spojrzeć mu w oczy ze świadomością, że
spaliłam ostatni most. Jak będzie wtedy na mnie patrzył? Jak bardzo to zmieni
jego stosunek do mnie? Czy w ogóle go zmieni? Co się jutro wydarzy?
Nawet
wtedy, gdy wydaje mi się, że powiedziałam już wszystko, wciąż pozostało tak
wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi.
-
Thomas, czy ja źle zrobiłam?
Milczał
przez dłuższą chwilę, przerywaną jedynie przez mój drżący, nierównomierny
oddech i ciche skrzypienie łóżka, wywoływane każdym naszym ruchem. Nie
oczekiwałam, że mi przytaknie, a gdyby zaprzeczył, to przecież nie miałabym mu
tego za złe. Najważniejsze, że był.
-
Stchórzyłam. Wszystko zniszczyłam.
-
Nie, Nela. To tylko strach… - Jego głos w końcu zabrzęczał gdzieś nad moją
głową. – A strach popycha nas do robienia rzeczy, których potem żałujemy.
To
był ten moment, w którym chciałam zapytać, czego on kiedyś tak bardzo się boi?
Co było jego głupotą? Czego żałuje? I co stoi za ukrywanym każdego dnia
smutkiem, którego tak bardzo chcę pozbyć się z jego oczu? Kim jest Thomas,
który skrywa się za uśmiechem?
-
Dzięki, że nie posłuchałeś mnie wtedy w Villach – prawie wyszeptałam, chyba
trochę samą siebie zawstydzając tym, co chciałam mu powiedzieć. Mruknął
pytająco, na co nieznacznie uniosłam kąciki ust. – Dzięki, że jednak próbujesz
bawić się w mojego przyjaciela. Naprawdę dobrze ci to wychodzi.
Zaśmiał
się perliście i sięgnął ręką wzdłuż mojego ramienia, docierając do dłoni. Z
niepokojem, ale iż ciekawością obserwowałam wędrówkę jego palców, które po
chwili splótł wraz z moimi. To był bardzo dobry, ciepły gest. I naprawdę nie
potrzebowałam więcej dla świadomości, że wreszcie go znalazłam.
-
Jesteśmy tak samo popaprani, pamiętasz?
-
Pamiętam, Thomas. Pamiętam.
* * *
bądź moim przyjacielem
trzymaj mniej w swoich objęciach
otul mnie i otwórz
jestem niewielka
jestem w potrzebie
ogrzewaj mnie
i oddychaj mną
*
No i tak to właśnie wygląda.
Mam wrażenie, że jakoś Was wystraszyłam i
że przez te łyżwy gdzieś mi pouciekaliście, no bo ‘o czym ta Emma tu
pierdzieli, my chcemy skoki!’. Skoki będą. Dużo skoków i reszty skoczków.
Wracamy do świata żywych. Turniej Czterech Skoczni czeka. A ja stęskniłam się
za Polakami.
Aaaaaanyway, dzięki, że jesteście i
trwacie. I dzięki za te prawie 21 tysięcy wyświetleń, duże ŁAŁ.
I nudziło mi się straszliwie i bawiłam się
w grafika. Nie byłabym sobą, jakbym pińcet razy nie zmieniała zakładki z
bohaterami, ale teraz jest molto bene.
Wszystkim tym, którym 1 września zabił
dzwonek życzę, aby ten nowy rok szkolny był pełen sukcesów, samych dobrych
wrażeń i co byście nie zginęli pod książkami (pozdro, maturzyści!). A ja sobie
dołączam do grona studentów i jeszcze przez miesiąc będę hajlajfić. :D
