niedziela, 6 lipca 2014

12. The great pretender.

Z dedykacją dla Mouse, bo rozdział pojawił się tak szybko tylko dzięki niej. W podziękowaniu za każdą rozmowę. Trzymam kciuki za wszystko.

*


*

dzisiaj będzie tym dniem, który kiedyś ci wypomną
do tej pory musisz zdać sobie sprawę z tego
co powinnaś zrobić

* * *

- Naprawdę chcesz tam lecieć?
Nie wiem, który już raz zadał to samo pytanie, ale odpowiedź wciąż pozostawała ta sama. Tak, chcę. Pomimo tego, że serce rwie się do Polski, do domu, do którego pewnie nawet nie zostałabym wpuszczona, to musiałam zagłuszyć je głosem rozsądku. Londyn w Boże Narodzenie naprawdę wydaje się całkiem dobrą opcją.
- Przyda mi się trochę odpoczynku od ciebie.
Zapowietrzył się i przyłożył dłoń do otwartych ust. W zamian dostał mój zgryźliwy uśmieszek, gdy oberwał po nodze, aby posunął się i zrobił mi trochę miejsca na moim własnym łóżku. Śmiem twierdzić, że leżał na nim zbyt często.
- Chcesz pogadać o tym, dlaczego spędzasz święta sama w Londynie, zamiast w Polsce z rodziną? – zagaił ostrożnie, przerywając ciszę. Spojrzałam na niego wymownie zza składanej w powietrzu koszulki, na co wykrzywił usta prezentując swoje zdanie na temat mojego wyjazdu i powrócił, do oglądania swojej prawej dłoni. Tej, którą doprowadziliśmy do ładu i która była już w stu procentach sprawna.
- Nie.
- Szkoda, bo znalazłem kilka dobrych argumentów na to, że ten pomysł jest… hm, głupi.
- Hm, głupi, to jesteś, hm, ty.
Zostałam zaatakowana własnymi skarpetkami! I jedną nogą zrzucona z łóżka! Prawie zaczęłam hiperwentylować z obruszenia i omal nie oplułam się, próbując znaleźć jakieś wyjątkowo obraźliwe określenie na tego buraka, ale skończyło się na jego durnym śmiechu. I to tylko dlatego, że próbując wstać z podłogi szarpnęłam się zbyt mocno i przywaliłam czołem w drewniany stelaż łóżka.
Cześć, nazywam się Kornelia Kubiak.
- Argument numer jeden! - Tu na chwilę urwał i teatralnie odchrząknął, próbując odwrócić moją uwagę od rozmasowywanego czoła. – Argument numer jeden: tam ciągle pada deszcz, a ty nie masz parasola.
- Mam parasol! – Zmarszczyłam brwi. Morgenstern wyciągnął zza swoich pleców rzeczoną parasolkę i ze złowieszczym uśmieszkiem zamachał nią w powietrzu. A potem podniósł się i sięgnął do uchylonego okna. – Co ty… MORGENSTERN!
Wywalił ją. Wywalił moją parasolkę z Wiednia za piętnaście euro. Przez okno. Z trzeciego piętra. Prosto do najgłębszej kałuży świata.
Pozostało mi tylko rzewnie zapłakać, gdy na wpół przewieszona przez parapet obserwowałam tonący skrawek szarego materiału, do którego zaczęły dobierać się bezdomne koty.
Morderca!
- Tak jak mówiłem, nie masz parasola.
Był tak z siebie zadowolony, jak ja byłam na niego wściekła. Nim zdążyłam rzucić się na niego z poduszką, przed którą próbował wybronić się kolanami, kontynuował swój wywód.
- Argument numer dwa: nie spotkasz na ulicy Orlando Blooma, ani innego księcia Williama.
- Wolę Harrego – wycedziłam przez zęby, przelewając swoją złość na niewinną parę jeansów.
- Ej, dwoje rudych ludzi jako para to już przesada.
Tylko buchnęłam powietrzem z ust, bo mnie słabość już zaczynała brać, a walizka wciąż stała pusta. I on mi w ogóle nie pomagał.
- I argument numer trzy! – krzyknął, a ja tylko przewróciłam oczami, bo co mi innego pozostawało? Zawiesił głos, więc spojrzałam na niego wyczekująco. - Święty Mikołaj nie będzie cię szukał na Abbey Road.
To już? Koniec? Czy on może wyjść?
Chyba jednak nie.
- Zabawnie będzie, jak sprawdzą się te wszystkie prognozy pogody i dzisiaj w nocy zaczną się śnieżyce… - mruknął. Ja zbladłam, on wybuchł śmiechem i z mojej pewności siebie została tylko zgnieciona bluzka, na którą niechcący usiadłam. – Chyba musiałbym cię wtedy przygarnąć do siebie. – Parsknął śmiechem, na co się skrzywiłam. I o ile ja trwałam w tym wyrazie jeszcze przez moment, tak on szybko spoważniał i wyprostował się. To spojrzenie nie zapowiadało niczego dobrego. – Właśnie, Nela, spędź święta ze mną. Znaczy u mnie.
Czy ja kiedyś mówiłam, że Morgenstern to idiota? Żartowałam. To ultradebil.
Z miną każącą mu nie robić sobie ze mnie jaj popukałam się w czoło i złożyłam kolejną koszulkę i wrzuciłam ją do walizki. Ja się nie dostanę do Londynu? Dobre żarty!
- Ja mówię całkiem poważnie – dodał, ale tylko się zaśmiałam. Nic głupszego nie mógł już wymyślić. Boże Narodzenie u niego, a to dobre. – Po co masz tłuc się do pieprzonej Anglii, do której pewnie i tak się nie dostaniesz?
Uśmiechnęłam się do niego pięknie i kontynuowałam pakowanie. A przynajmniej próbowałam, bo ten ultradebil w ultraszale swojego ultrapomysłu chwycił mnie za ręce i docisnął je do łóżka. Bardzo stanowczo kazał mi na siebie spojrzeć i wysłuchać, bo nie będzie się powtarzać. Dobrze, kiwnęłam głową i nadstawiłam ucha, mając już gotową odpowiedź.
- Powtórzę się, ale Gwiazdka to czas, który trzeba spędzić z rodziną. Ale, cóż, ty jesteś uparta i widzę, niezbyt rodzinna, więc bądź chociaż w tym wszystkim rozsądna. Nikt nie powinien być sam w Boże Narodzenie, okej?
Westchnęłam z wciąż uniesionymi kącikami ust.
- To słodkie. I totalnie głupie.
Bo takie jest. Głupie, niepojęte i kompletnie nie na miejscu. Ja wiem, że ostatnio trochę się do siebie zbliżyliśmy, wpuściliśmy siebie do naszych światów, albo raczej to on otworzył mi bramy do swojego i w ogóle zdaliśmy sobie sprawę z tego, że coś nas łączy, ale to? Na anielskość Dejviego, ja wciąż jestem tą cholerną fizjoterapeutką!
I nie omieszkałam mu tego przypomnieć.
- Jesteś też moją koleżanką. I pomagasz mi teraz, tak bardzo-bardzo. Chcę się odwdzięczyć.
- To kup mi nową parasolkę.
Pokręcił głową, jakby chciał przekazać, że go nie rozumiem.
- Przestań. Nie unoś się swoją dumą, zapomnij na chwilę o tym, co wymyślił Pointner i jedź ze mną do Seeboden.
- Oszalałeś!
- Nie pozwolę ci zostać samej.
Jakby to było coś nowego…
- W Londynie mieszka ponad osiem milionów ludzi. Na pewno poznam kogoś tak samo szurniętego jak ja i spędzę z nim te pseudoświęta.
Zawrzał. Jego dłonie stały się cieplejsze, oczy pociemniały, a szczęki zacisnęły.
- Po cholerę masz szukać w pieprzonym Londynie, skoro ja jestem tuż obok?
To jest nie fair. To jest bardzo, ale to bardzo nie fair. Nie fair są jego słowa, nie fair są jego wbite we mnie oczy i jego pełne wyrzutu spojrzenie też jest nie fair.
- Nie rób mi tak. Nie stawiaj mnie… nas w takim położeniu.
- Ale czy mówię nieprawdę?
- Przestań – jęknęłam i poderwałam się z miejsca. – Jadę! Jutro rano mam pociąg do Klagenfurtu i stamtąd mam ten cholerny lot do Londynu. Choćby mieli mnie siłą zaciągnąć do samolotu to polecę i jeszcze ci pocztówkę wyślę.
- Dobra! – Podniósł głos, a po jego tonie można było poznać, że zamierza wszcząć dyskusję. Wstał, otrzepał portki i spojrzał na mnie gniewnie. – Akceptowałem to, bo musiałem, milczałem, bo o to prosiłaś, ale koniec! Przerywam ciszę! To jest idiotyzm, ja się na niego nie zgadzam, jestem starszy, wyższy, przystojniejszy i przegłosowane! Nigdzie nie lecisz! – A dla potwierdzenia tych słów, wyrwał mi z ręki koszulę i cisnął nią o podłogę.
Mój Boże, a cóż mu strzeliło do tego poczochranego łba? Próbowałam sobie odpowiedzieć na to pytanie, patrząc to na wielokolorową twarz Morgensterna, to na okrutnie potraktowany fragment mojej garderoby.
Na usta cisnęło mi się jedno.
- DOPIERO TO UPRASOWAŁAM!
Trochę spanikował, trochę zrobiło mu się przykro, trochę miał ochotę zwiać. A ja tak trochę miałam ochotę go zabić, bo wyjątkowo nie lubię zabawy z żelazkiem.
- I czego ty ode mnie wymagasz, co? Że się zgodzę i zabiorę z tobą do twojej rodziny? Tu się puknij, Morgenstern.
- Sama się puknij, to nie ja tutaj chcę spędzić sam święta w Londynie. W ogóle, Londyn? Przereklamowane i totalnie lamerskie.
- No patrz, idealnie byś się tam odnalazł.
- Stać cię na więcej. – Uniósł kąciki ust, nadając swojej twarzy kpiarskiego wyrazu. A we mnie aż się zagotowało, bo dotąd cięte uwagi trafiały zawsze w samo sedno. – Twoje powody kompletnie do mnie nie przemawiają.
- Tak? – rzuciłam, czując rosnące poirytowanie. – W takim razie proszę bardzo, leć ze mną, jak masz z tym taki wielki problem. Proszę bardzo! Będzie miał kto robić mi zdjęcia!
- Ocipiałaś? Ja, moja Droga, mam rodzinę, z którą chcę się zobaczyć. Mam córeczkę, której nie widziałem już od kilku tygodni i której chcę poświęcić ten wolny czas. Bo od tego są święta.
A przemoc fizyczna jest od tego, aby bolało.
- Gratuluję. Na mnie nikt nie czeka, więc pozwól, że wykorzystam ten fakt do zobaczenia sobie świata. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi tego nie utrudniał, a zwłaszcza abyś się szanownie od-pier-do-lił. Dziękuję?
Chyba nie zamierzał nawet opuścić mojego pokoju, nie mówiąc już o dawaniu mi, świętego spokoju. Spiął się, zmarszczył czoło, a zazwyczaj pogodne spojrzenie wyraźnie się zachmurzyło.
- Chyba masz kogoś w Polsce? Jakąś rodzinę?
- Jakąś mam. I nie, nie będziemy poruszać tego tematu – zastrzegłam i odwróciłam się do niego tyłem, wyciągając zza szafy deskę do prasowania. W gruncie rzeczy mogła mieć inne zastosowanie, niż to najbardziej oczywiste. Na przykład mogłabym ogłuszyć Morgensterna, gdyby próbował być bardziej upierdliwy, niż teraz. – Nie będziemy, rozumiesz? – dodałam stanowczo, widząc jak otwiera usta, by coś powiedzieć.
- Nie, nie rozumiem! – Na wpół krzyknął, więc zacisnęłam ręce na desce. – Nie rozumiem, jak można nie chcieć być z rodziną, uciekać od niej i być takim samotnikiem, jak ty! Nie rozumiem tego!
- I nie zrozumiesz! – Też sobie krzyknęłam, wolny kraj. – W domu czekają na ciebie rodzice! Oboje! Córka na ciebie czeka, pewnie nie może się doczekać, aż kochany tata przyjedzie i ją wyściska! Jej matka pewnie też! Wszyscy tam na ciebie czekają, cały czas! Nie ma szans, abyś zrozumiał, dlaczego chcę jechać do Anglii, zamiast do Polski, dlatego już spokojnie proszę cię, odpuść sobie, jeśli chcesz chociaż powąchać świątecznego ciasta.
Jeśli to go nie przekona, to się poddaję. Zostawiłam go z tymi słowami i rozłożyłam sobie deskę, podłączyłam żelazko i nie zważając na to, że stoi sobie na środku mojego pokoju, oddycha moim powietrzem i jeszcze śmie wyglądać tak dobrze w nieułożonych włosach i koszulce z logiem Die Toten Hosen. I mógł sobie patrzeć na mnie w ten pełen współczucia sposób, za który miałam ochotę wyprasować mu twarz. Swoje powiedziałam.
- I właśnie dlatego chcę, abyś pojechała ze mną. Żebyś nie była sama – odezwał się dość łagodnie.
- Nie! Thomas, czego nie rozumiesz w tym słowie? Jest krótkie, ale jakże treściwe. Po prostu: NIE! – wrzasnęłam, dodając dramaturgii puszczoną z urządzenia parą. – Odwal się w końcu, zanim poznam inne funkcje tego sprzętu!
- Przestań odrzucać moją pomoc!
- Przestań wtryniać swój krzywy nos w nieswoje sprawy!
- Ja się martwię!
- Martw się o to, czy ci się prezenty pod choinką zmieszczą, a nie o mnie!
- Nela!
- Co!
- Przypala ci się!
Wrzasnęłam raz, by się zamknął i przestał na mnie krzyczeć. A potem wrzasnęłam po raz drugi, bo rzeczywiście, moja cudowna bladoniebieska koszula została przypieczętowana parszywym austriackim sprzętem za kilka euro.
- To twoja wina! – krzyknęłam na Morgensterna, który tylko szerzej otworzył oczy i cofnął się o dwa kroki. – Zachciało ci się bawić w Matkę Teresę. Po co się wtrącasz? Po co próbujesz mi pomóc? Nie widzisz, że nie potrzebuję tego? Naprawdę tego nie widzisz?! Dam sobie radę! Daję ją od kilku miesięcy i nie potrzebuję twojego umartwiania się, twojej litości, twojej rodziny! I… I… I koszulę mi spaliłeś, bydlaku jeden! Moją ulubioną!
Tak, tak, zbliża mi się okres. Pewnie dlatego bezmyślnie cisnęłam w niego tymi wszystkimi słowami, a w oczach zaczęła mi się zbierać woda. Pod koniec nawet głos mi się lekko zdławił, co musiał wyłapać, bo spojrzał na mnie z takim niedowierzaniem, jakbym co najmniej właśnie wyznała, że urodziłam się jako Kornel. Pociągnęłam nosem, starając się powstrzymać łzy.
- Nela…
- Boże, ile ty gadasz! – Znów krzyknęłam, lecz na próżno i tym razem liczyłam, że się nie odwdzięczy. Zrzucił z twarzy niespokojny wyraz, który zastąpiła solidna złość. Tak, pan Morgenstern poczerwieniał, zacisnął szczęki i puścił parę nosem.
- Jesteś niemożliwa! – Huknął, aż mnie ciarki przeszły. – Chcesz znać moje zdanie? O sorry, kogo ja pytam, oczywiście, że nie chcesz! Bo ty nie słuchasz nikogo innego, tylko siebie i nie dopuszczasz do siebie myśli, że możesz się mylić. Ale powiem ci: nie dasz sobie rady. Już nie dajesz. Starasz się być twarda, ale prawda jest taka, że jesteś mocna tylko w słowach. Nie patrz tak na mnie, to wszystko da się wyczytać z twojej twarzy. Nie masz pojęcia, na jaką zagubioną wyglądałaś w Titisee. Nie widziałaś strachu na swojej twarzy, gdy musiałaś zostawić Benjamina i wsiąść do samolotu. Jasne, starasz się nad wszystkim panować, ale to samo wymyka ci się spod kontroli. Spójrz, jak łatwo dałaś się podburzyć choćby wspomnieniem o rodzinie, wystarczyło jedno słowo…
- Skończyłeś?
Okno było zamknięte, niemożliwe, abym trzęsła się tak bardzo z zimna. Powód raczej był jeden i patrzył właśnie na mnie. Wydaje mu się, że mnie przejrzał? Chciałby.
- Czuły punkt, co?
- Wystarczy twojej zabawy w psychologa, wynocha. – Wskazałam na drzwi, oczekując, że moja „prośba” zostanie spełniona. W porządku, zrobił jeden krok, ale nie w stronę progu, tylko w moją. – Nie słyszałeś?
- Zastanów się dokładnie, masz całą noc.
- Nad niczym nie będę się zastanawiać, Morgenstern. Zajmij się swoimi sprawami i przestań bawić się w mojego przyjaciela!
To go ubodło. Zatrzymał się w połowie odległości między nami. Tlące się w jego oczach rozczarowanie na chwilę obecną nie ruszało ani kawałeczka mojego sumienia. Chciałam tylko jednego: aby zniknął mi z oczu i pojawił się przed nimi dopiero w Oberstdorfie. Wtedy mi już przejdzie, jemu pewnie też, będziemy mogli kontynuować naszą jakże dziwną znajomość.
- Okej – wypowiedział całkiem cicho i ledwo dosłyszalnie. – Okej, nie będę bawił się w twojego przyjaciela. Nie jestem nim, racja, przecież nawet nie próbuję nim być. Ślepo myślałem, że może jednak nad tym popracujemy, skoro doszliśmy do wniosku, że coś nas łączy. Głupi jestem, co? – Uśmiechnął się jakoś tak żałośnie, co wywołało u mnie nieprzyjemny ucisk pomiędzy żebrami.
- Nie bierz mnie pod włos.
- Och, wybacz, to ta szczerość, jakoś nie mogę nad nią zapanować – zironizował, prychając w powietrze. – Nie polecam.
- Przestań!
- Już! Koniec! Wychodzę! I wiesz co? Życzę ci cholernie wesołych świąt! Z dala od rodziny, z dala od ludzi, którzy chcą ci pomóc, z dala od wszystkich! Tylko ty i ten twój Londyn! Normalnie materiał na świąteczny film! – Chwycił za klamkę, po raz ostatni obracając się w moją stronę. – I przyjemnego lotu życzę, co by nie trzęsło za mocno.
Wyszedł, robiąc przez korytarz całe dwa kroki, aby znaleźć się we własnym pokoju. Stanęłam w futrynie, łapiąc ostatnimi spojrzeniami sylwetkę blondyna, który właśnie przekraczał swój próg.
- Palant!
- Wariatka!
- Skończony dupek!
- Obrażona na cały świat szajbuska z przerośniętym ego!
- Żegnam!
- Nie! To ja żegnam!
- I wesołych świąt!
- Żebyś wiedziała, że takie będą!
- Och, nie mam wątpliwości!
- O której masz samolot?!
- O jedenastej!
- Fantastycznie!
- Świetnie!
- Do widzenia!
- I szczęśliwego Nowego Roku!
Trzask jednych a potem drugich drzwi zatrząsł budynkiem w posadach. Jeszcze przez długą chwilę wpatrywałam się w białe drewno, próbując zrozumieć sytuację sprzed chwili, ale zamiast zrozumienia, pojawił się okropny ból głowy. Wypuściłam nadmiar powietrza z ust i oparłam się plecami o drzwi, by zjechać po nich na ziemię i dać upust emocjom. Szkoda, że były one takie mokre i strasznie piekły w oczy.
A potem zdałam sobie sprawę z tego, jak wielką idiotką jestem.
Przecież Nowy Rok spędzimy w Garmisch-Partenkirchen!

* * *

wszystkie drogi, którymi musimy kroczyć, są kręte
wszystkie światła, które nas prowadzą, oślepiają
jest tyle rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć
ale po prostu nie wiem jak to zrobić

* * *

Zmień się, zmień się, zmień się!
Gapiłam się w tablicę informacyjną, jakby miało to sprawić, że mój lot do Londynu nagle zostanie przywrócony do rozkładu. W takiej sytuacji stwierdziłam, że nawet modlitwa do wielkiego B. mi nie pomoże. W dodatku jakieś tłuste austriackie dziecko, które siedziało na krzesełku obok zaczęło wiercić się, jakby ktoś mu wsadził grabie w tyłek. Nie dość, że opluło mi kurtkę Snickersem, to dodatkowo darło się do swojej równie przysadzistej matki, kopiąc jednocześnie moją walizkę. I już miałam gówniarza brać za chabety, gdy rozległ się dźwięk oznajmiający komunikat. Jak na komendę podniosłam się do góry.
Odwołali. Całkowicie. Te austriackie lotnicze patałachy odwołali całkowicie mój lot do Londynu przez głupie śnieżyce! Wszystko mi opadło. Tyłek na krzesełko, ręce na kolana, spięte ramiona, cycki, wszystko. Dzieciak z ADHD znowu zaczął się drzeć, jego matka jeszcze głośniej, a kilkoro innych turystów pokręciło głowami i zaczęło kierować się do wyjścia. Przez krótką chwilę zastanawiałam się co zrobić. Czy iść za nimi i znaleźć sobie jakiś nocleg? Czy może dalej czekać na jakiś inny samolot? Polecieć gdziekolwiek, byleby nie spędzać tych świąt na lotnisku? Nie wiem, do ciasnej cholery, co mam ze sobą zrobić. Czy może być gorzej?
Ależ oczywiście, że tak.
Podciągnęłam nosem, otarłam łzy, jakby miał je zauważyć i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Co chcesz?
- Jak Londyn?
- Zajebisty, Big Ben jak marzenie.
W słuchawce zaszumiało jego ciche westchnięcie. Gdyby przede mną stał, to pewnie patrzyłby na mnie w tym momencie z miną w stylu „baba, głupia baba!” i kręciłby głową z politowaniem.
- Gdzieś ty utknęła?
- Thomas, dam sobie radę.
- Nie pytam o to, czy dasz sobie radę, tylko gdzie jesteś?
Wypuściłam powietrze przez usta i rozejrzałam się po hali lotniska. Ludzi zdecydowanie ubyło. Nawet grubasek z krzesełka obok ruszył swój tłusty tyłeczek i za rękę udał się z matką w stronę wyjścia. Nieliczne osoby rozkładały obozowiska, ale i tak hala prawie opustoszała.
- Cały czas na lotnisku.
- Dziewczyno…
- Co? Co znowu?
- Proszę, nie ruszaj się. Daj mi godzinę i przyjadę.
Aż poderwałam się z miejsca z paniką w oczach i krzyknęłam na pół lotniska, że chyba go pojednało.
- Thomas, nie!
Bawiło go to. Śmiał mi się bezczelnie do słuchawki, gdy mówiłam mu, że jest wariat i skończony dupek. I śmiał i śmiał, a ja wciąż krzyczałam, by się nie ruszał, by dał mi umrzeć w spokoju na plastikowym krześle, bo ja nie chcę i koniec kropka. Aż w końcu usłyszałam odpalanie silnika i dobitne „czeka na mnie”, po czym Morgenstern się rozłączył. Tak zwyczajnie. Powoli usiadłam na tyłku wciąż z komórką przy uchu i przeanalizowałam sobie w głowie każde pojedyncze słówko Austriaka. Gdzieś pomiędzy „idiotka” a „skończona kretynka” powiedział, że spędzę święta u niego. U NIEGO. Z jego rodziną. Wody! Arszeniku! Cokolwiek!

Naprawdę przyjechał.
Wkroczył na halę tego niewielkiego lotniska, rozglądając się na wszystkie strony. Im był bliżej, tym bardziej zapadałam się w krzesełko, zasłaniając twarz dłońmi. A nóż widelec mnie nie zauważy i wróci do siebie. A potem wspaniałomyślnie już nigdy więcej nie odbiorę jego telefonu. Toż to genialny plan.
- Boże, Nela. Ty biedny dzieciaku.
Rozchyliłam palce środkowy i serdeczny, by przez prawe oko dojrzeć Thomasa i jego rozczulony moim widokiem wyraz twarzy. Aż mnie coś ścisnęło w żołądku. I nie jestem pewna, czy to poczucie winy, że ten oto osobnik targał się ileś kilometrów, by mnie stąd zabrać, czy może to z głodu, bo nie jadłam od siedmiu godzin.
- Pomyłka.
- Wstawaj. Jedziemy.
Z racji, że nie wstałam, Morgenstern chwycił mnie za ramiona i jednym ruchem podniósł z krzesła. Potem odjął moje ręce od twarzy i spojrzał na moją, wykrzywioną żałośnie, twarz. Usta lekko mu zadrżały w śmiechu, na co tylko wydęłam dolną wargę i wbiłam wzrok w swoje buty. Z całą moją pewnością siebie i wizerunkiem twardzielkinbyło mi potwornie głupio. Ja i mój upór nie daliśmy za wygraną, musiałam postawić na swoim wykłócając się z nim o własne racje. A teraz stoi tutaj przede mną z miną „a nie mówiłem?” i sama już nie wiem, czy chciałam, aby mnie stąd zabrał, czy wolałam unikać jego spojrzenia. A on tak po prostu przyjechał i wręcz oświadczył, że Boże Narodzenie spędzę u niego.
- Morgenstern, to nie jest dobry pomysł.
- Ale jedyny, prawda? – odpowiedział rześko i chwycił  za rączkę mojej walizki. Widząc, że w bezruchu gapię się na niego, przewrócił oczami i westchnął. – Nela, jest Wigilia…
- Właśnie, jest Wigilia. A ty stoisz tu ze mną, zamiast być w domu z rodziną. To jest bardzo nie w porządku wobec twoich rodziców, którzy pewnie chcieliby spędzić z tobą trochę więcej czasu.
- Tak więc nie traćmy go. Chodź!
- Nie, puść, Thomas… - jęknęłam cicho i jednym ruchem wyrwałam się blondynowi, gdy pociągnął mnie za kurtkę. – To twoja rodzina. Mnie nie powinno tam być.
- A ja uważam, że to jest właśnie miejsce, w którym powinnaś się znaleźć.
- Wracaj do domu, do rodziców, proszę.
Uśmiechnął się z politowaniem.
- Nie ruszam się bez ciebie.
Pokręciłam energicznie głową.
- Nie, ty nic nie rozumiesz!
- To mi wytłumacz! – Na wpół krzyknął z bezsilnością rozkładając ręce. – Nela, tak bardzo próbujesz być samodzielna i okazywać wszystkim, że dasz sobie radę, ale tak wcale nie jest! Przestań odtrącać moją pomoc, bo aż mnie boli, gdzieś tutaj, wiesz? – Położył dłoń na sercu, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Nie wiem, co jest powodem tego, że nie chciałaś pojechać do Polski. Powiedzmy, że na chwilę obecną nawet nie chcę wiedzieć. Ale, do cholery, jeśli zaraz nie ruszysz tyłka i nie pojedziesz ze mną do Seeboden, to przyrzekam ci, że zawiozę cię tam siłą. I naprawdę nie będzie mnie obchodziło, czy tego chcesz, czy nie!
- Ale…
- Koniec uciekania, Nela. Słyszysz? To koniec.
Miałam wielką ochotę go pocałować. Jak w filmach. Rzucić wszystko, co miałam w rękach, podejść do niego i tak cholernie mocno pocałować na oczach tych wszystkich ludzi dookoła, że odruchowo zrobiłam krok do przodu. Thomas najwyraźniej uznał to za zgodę, bo kiwnął głową, wziął walizkę i popędził w stronę wyjścia. A ja za nim, choć kompletnie nie wiedziałam, co robię.

* * *

może to ty będziesz tym, który mnie uratuje
i mimo wszystko
jesteś moim wybawieniem

*

Miałam poczekać z publikacją do wtorku, ale niech już stracę. :D
I szczerze? Lubię to, bo w tym rozdziale czułam tę Nelę, co w pierwszych rozdziałach. Pisało mi się przyjemnie i bez problemów. A ostatni akapit został napisany jeszcze w grudniu, gdy całe opowiadanie istniało tylko w mojej głowie i fabuła miała wyglądać nieco inaczej. Ale serio, jestem zadowolona, zapamiętajcie ten dzień!
PS. Są wakacje. A ja mam marzenie. Mam marzenie poznać wszystkie moje czytelniczki. Jeśli tam jesteście, to dajcie jakiś znak, jak Wam się podoba, co sądzicie etc. Byłoby mi niezmiernie miło wiedzieć, do kogo piszę. :)
Ściskam! I dziękuję za każde słowo, jesteście najlepsze.