Z dedykacją dla Mouse, bo rozdział pojawił
się tak szybko tylko dzięki niej. W podziękowaniu za każdą rozmowę. Trzymam
kciuki za wszystko.
*
*
dzisiaj będzie tym dniem, który kiedyś ci wypomną
do tej pory musisz zdać sobie sprawę z tego
co powinnaś zrobić
* * *
-
Naprawdę chcesz tam lecieć?
Nie
wiem, który już raz zadał to samo pytanie, ale odpowiedź wciąż pozostawała ta
sama. Tak, chcę. Pomimo tego, że serce rwie się do Polski, do domu, do którego
pewnie nawet nie zostałabym wpuszczona, to musiałam zagłuszyć je głosem
rozsądku. Londyn w Boże Narodzenie naprawdę wydaje się całkiem dobrą opcją.
-
Przyda mi się trochę odpoczynku od ciebie.
Zapowietrzył
się i przyłożył dłoń do otwartych ust. W zamian dostał mój zgryźliwy uśmieszek,
gdy oberwał po nodze, aby posunął się i zrobił mi trochę miejsca na moim
własnym łóżku. Śmiem twierdzić, że leżał na nim zbyt często.
-
Chcesz pogadać o tym, dlaczego spędzasz święta sama w Londynie, zamiast w
Polsce z rodziną? – zagaił ostrożnie, przerywając ciszę. Spojrzałam na niego
wymownie zza składanej w powietrzu koszulki, na co wykrzywił usta prezentując
swoje zdanie na temat mojego wyjazdu i powrócił, do oglądania swojej prawej
dłoni. Tej, którą doprowadziliśmy do ładu i która była już w stu procentach
sprawna.
-
Nie.
-
Szkoda, bo znalazłem kilka dobrych argumentów na to, że ten pomysł jest… hm,
głupi.
-
Hm, głupi, to jesteś, hm, ty.
Zostałam
zaatakowana własnymi skarpetkami! I jedną nogą zrzucona z łóżka! Prawie
zaczęłam hiperwentylować z obruszenia i omal nie oplułam się, próbując znaleźć
jakieś wyjątkowo obraźliwe określenie na tego buraka, ale skończyło się na jego
durnym śmiechu. I to tylko dlatego, że próbując wstać z podłogi szarpnęłam się
zbyt mocno i przywaliłam czołem w drewniany stelaż łóżka.
Cześć,
nazywam się Kornelia Kubiak.
-
Argument numer jeden! - Tu na chwilę urwał i teatralnie odchrząknął, próbując
odwrócić moją uwagę od rozmasowywanego czoła. – Argument numer jeden: tam
ciągle pada deszcz, a ty nie masz parasola.
-
Mam parasol! – Zmarszczyłam brwi. Morgenstern wyciągnął zza swoich pleców
rzeczoną parasolkę i ze złowieszczym uśmieszkiem zamachał nią w powietrzu. A
potem podniósł się i sięgnął do uchylonego okna. – Co ty… MORGENSTERN!
Wywalił
ją. Wywalił moją parasolkę z Wiednia za piętnaście euro. Przez okno. Z
trzeciego piętra. Prosto do najgłębszej kałuży świata.
Pozostało
mi tylko rzewnie zapłakać, gdy na wpół przewieszona przez parapet obserwowałam
tonący skrawek szarego materiału, do którego zaczęły dobierać się bezdomne koty.
Morderca!
-
Tak jak mówiłem, nie masz parasola.
Był
tak z siebie zadowolony, jak ja byłam na niego wściekła. Nim zdążyłam rzucić
się na niego z poduszką, przed którą próbował wybronić się kolanami,
kontynuował swój wywód.
-
Argument numer dwa: nie spotkasz na ulicy Orlando Blooma, ani innego księcia
Williama.
-
Wolę Harrego – wycedziłam przez zęby, przelewając swoją złość na niewinną parę
jeansów.
-
Ej, dwoje rudych ludzi jako para to już przesada.
Tylko
buchnęłam powietrzem z ust, bo mnie słabość już zaczynała brać, a walizka wciąż
stała pusta. I on mi w ogóle nie pomagał.
-
I argument numer trzy! – krzyknął, a ja tylko przewróciłam oczami, bo co mi
innego pozostawało? Zawiesił głos, więc spojrzałam na niego wyczekująco. - Święty
Mikołaj nie będzie cię szukał na Abbey Road.
To
już? Koniec? Czy on może wyjść?
Chyba
jednak nie.
-
Zabawnie będzie, jak sprawdzą się te wszystkie prognozy pogody i dzisiaj w nocy
zaczną się śnieżyce… - mruknął. Ja zbladłam, on wybuchł śmiechem i z mojej
pewności siebie została tylko zgnieciona bluzka, na którą niechcący usiadłam. –
Chyba musiałbym cię wtedy przygarnąć do siebie. – Parsknął śmiechem, na co się
skrzywiłam. I o ile ja trwałam w tym wyrazie jeszcze przez moment, tak on
szybko spoważniał i wyprostował się. To spojrzenie nie zapowiadało niczego
dobrego. – Właśnie, Nela, spędź święta ze mną. Znaczy u mnie.
Czy
ja kiedyś mówiłam, że Morgenstern to idiota? Żartowałam. To ultradebil.
Z
miną każącą mu nie robić sobie ze mnie jaj popukałam się w czoło i złożyłam
kolejną koszulkę i wrzuciłam ją do walizki. Ja się nie dostanę do Londynu? Dobre
żarty!
-
Ja mówię całkiem poważnie – dodał, ale tylko się zaśmiałam. Nic głupszego nie
mógł już wymyślić. Boże Narodzenie u niego, a to dobre. – Po co masz tłuc się
do pieprzonej Anglii, do której pewnie i tak się nie dostaniesz?
Uśmiechnęłam
się do niego pięknie i kontynuowałam pakowanie. A przynajmniej próbowałam, bo
ten ultradebil w ultraszale swojego ultrapomysłu chwycił mnie za ręce i
docisnął je do łóżka. Bardzo stanowczo kazał mi na siebie spojrzeć i wysłuchać,
bo nie będzie się powtarzać. Dobrze, kiwnęłam głową i nadstawiłam ucha, mając już
gotową odpowiedź.
-
Powtórzę się, ale Gwiazdka to czas, który trzeba spędzić z rodziną. Ale, cóż,
ty jesteś uparta i widzę, niezbyt rodzinna, więc bądź chociaż w tym wszystkim
rozsądna. Nikt nie powinien być sam w Boże Narodzenie, okej?
Westchnęłam
z wciąż uniesionymi kącikami ust.
-
To słodkie. I totalnie głupie.
Bo
takie jest. Głupie, niepojęte i kompletnie nie na miejscu. Ja wiem, że ostatnio
trochę się do siebie zbliżyliśmy, wpuściliśmy siebie do naszych światów, albo
raczej to on otworzył mi bramy do swojego i w ogóle zdaliśmy sobie sprawę z
tego, że coś nas łączy, ale to? Na anielskość Dejviego, ja wciąż jestem tą
cholerną fizjoterapeutką!
I
nie omieszkałam mu tego przypomnieć.
-
Jesteś też moją koleżanką. I pomagasz mi teraz, tak bardzo-bardzo. Chcę się
odwdzięczyć.
-
To kup mi nową parasolkę.
Pokręcił
głową, jakby chciał przekazać, że go nie rozumiem.
-
Przestań. Nie unoś się swoją dumą, zapomnij na chwilę o tym, co wymyślił
Pointner i jedź ze mną do Seeboden.
-
Oszalałeś!
-
Nie pozwolę ci zostać samej.
Jakby to było coś
nowego…
-
W Londynie mieszka ponad osiem milionów ludzi. Na pewno poznam kogoś tak samo szurniętego
jak ja i spędzę z nim te pseudoświęta.
Zawrzał.
Jego dłonie stały się cieplejsze, oczy pociemniały, a szczęki zacisnęły.
-
Po cholerę masz szukać w pieprzonym Londynie, skoro ja jestem tuż obok?
To
jest nie fair. To jest bardzo, ale to bardzo nie fair. Nie fair są jego słowa,
nie fair są jego wbite we mnie oczy i jego pełne wyrzutu spojrzenie też jest
nie fair.
-
Nie rób mi tak. Nie stawiaj mnie… nas w takim położeniu.
-
Ale czy mówię nieprawdę?
-
Przestań – jęknęłam i poderwałam się z miejsca. – Jadę! Jutro rano mam pociąg do
Klagenfurtu i stamtąd mam ten cholerny lot do Londynu. Choćby mieli mnie siłą
zaciągnąć do samolotu to polecę i jeszcze ci pocztówkę wyślę.
-
Dobra! – Podniósł głos, a po jego tonie można było poznać, że zamierza wszcząć dyskusję.
Wstał, otrzepał portki i spojrzał na mnie gniewnie. – Akceptowałem to, bo
musiałem, milczałem, bo o to prosiłaś, ale koniec! Przerywam ciszę! To jest
idiotyzm, ja się na niego nie zgadzam, jestem starszy, wyższy, przystojniejszy
i przegłosowane! Nigdzie nie lecisz! – A dla potwierdzenia tych słów, wyrwał mi
z ręki koszulę i cisnął nią o podłogę.
Mój
Boże, a cóż mu strzeliło do tego poczochranego łba? Próbowałam sobie
odpowiedzieć na to pytanie, patrząc to na wielokolorową twarz Morgensterna, to
na okrutnie potraktowany fragment mojej garderoby.
Na
usta cisnęło mi się jedno.
-
DOPIERO TO UPRASOWAŁAM!
Trochę
spanikował, trochę zrobiło mu się przykro, trochę miał ochotę zwiać. A ja tak
trochę miałam ochotę go zabić, bo wyjątkowo nie lubię zabawy z żelazkiem.
-
I czego ty ode mnie wymagasz, co? Że się zgodzę i zabiorę z tobą do twojej
rodziny? Tu się puknij, Morgenstern.
-
Sama się puknij, to nie ja tutaj chcę spędzić sam święta w Londynie. W ogóle,
Londyn? Przereklamowane i totalnie lamerskie.
-
No patrz, idealnie byś się tam odnalazł.
-
Stać cię na więcej. – Uniósł kąciki ust, nadając swojej twarzy kpiarskiego
wyrazu. A we mnie aż się zagotowało, bo dotąd cięte uwagi trafiały zawsze w
samo sedno. – Twoje powody kompletnie do mnie nie przemawiają.
-
Tak? – rzuciłam, czując rosnące poirytowanie. – W takim razie proszę bardzo,
leć ze mną, jak masz z tym taki wielki problem. Proszę bardzo! Będzie miał kto
robić mi zdjęcia!
-
Ocipiałaś? Ja, moja Droga, mam rodzinę, z którą chcę się zobaczyć. Mam
córeczkę, której nie widziałem już od kilku tygodni i której chcę poświęcić ten
wolny czas. Bo od tego są święta.
A
przemoc fizyczna jest od tego, aby bolało.
-
Gratuluję. Na mnie nikt nie czeka, więc pozwól, że wykorzystam ten fakt do
zobaczenia sobie świata. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi tego nie utrudniał, a
zwłaszcza abyś się szanownie od-pier-do-lił. Dziękuję?
Chyba
nie zamierzał nawet opuścić mojego pokoju, nie mówiąc już o dawaniu mi,
świętego spokoju. Spiął się, zmarszczył czoło, a zazwyczaj pogodne spojrzenie wyraźnie
się zachmurzyło.
-
Chyba masz kogoś w Polsce? Jakąś rodzinę?
-
Jakąś mam. I nie, nie będziemy poruszać tego tematu – zastrzegłam i odwróciłam się
do niego tyłem, wyciągając zza szafy deskę do prasowania. W gruncie rzeczy
mogła mieć inne zastosowanie, niż to najbardziej oczywiste. Na przykład
mogłabym ogłuszyć Morgensterna, gdyby próbował być bardziej upierdliwy, niż
teraz. – Nie będziemy, rozumiesz? – dodałam stanowczo, widząc jak otwiera usta,
by coś powiedzieć.
-
Nie, nie rozumiem! – Na wpół krzyknął, więc zacisnęłam ręce na desce. – Nie
rozumiem, jak można nie chcieć być z rodziną, uciekać od niej i być takim samotnikiem,
jak ty! Nie rozumiem tego!
-
I nie zrozumiesz! – Też sobie krzyknęłam, wolny kraj. – W domu czekają na
ciebie rodzice! Oboje! Córka na ciebie czeka, pewnie nie może się doczekać, aż kochany
tata przyjedzie i ją wyściska! Jej matka pewnie też! Wszyscy tam na ciebie
czekają, cały czas! Nie ma szans, abyś zrozumiał, dlaczego chcę jechać do
Anglii, zamiast do Polski, dlatego już spokojnie proszę cię, odpuść sobie,
jeśli chcesz chociaż powąchać świątecznego ciasta.
Jeśli
to go nie przekona, to się poddaję. Zostawiłam go z tymi słowami i rozłożyłam
sobie deskę, podłączyłam żelazko i nie zważając na to, że stoi sobie na środku
mojego pokoju, oddycha moim powietrzem i jeszcze śmie wyglądać tak dobrze w
nieułożonych włosach i koszulce z logiem Die Toten Hosen. I mógł sobie patrzeć
na mnie w ten pełen współczucia sposób, za który miałam ochotę wyprasować mu
twarz. Swoje powiedziałam.
-
I właśnie dlatego chcę, abyś pojechała ze mną. Żebyś nie była sama – odezwał
się dość łagodnie.
-
Nie! Thomas, czego nie rozumiesz w tym słowie? Jest krótkie, ale jakże
treściwe. Po prostu: NIE! – wrzasnęłam, dodając dramaturgii puszczoną z
urządzenia parą. – Odwal się w końcu, zanim poznam inne funkcje tego sprzętu!
-
Przestań odrzucać moją pomoc!
-
Przestań wtryniać swój krzywy nos w nieswoje sprawy!
-
Ja się martwię!
-
Martw się o to, czy ci się prezenty pod choinką zmieszczą, a nie o mnie!
-
Nela!
-
Co!
-
Przypala ci się!
Wrzasnęłam
raz, by się zamknął i przestał na mnie krzyczeć. A potem wrzasnęłam po raz
drugi, bo rzeczywiście, moja cudowna bladoniebieska koszula została
przypieczętowana parszywym austriackim sprzętem za kilka euro.
-
To twoja wina! – krzyknęłam na Morgensterna, który tylko szerzej otworzył oczy
i cofnął się o dwa kroki. – Zachciało ci się bawić w Matkę Teresę. Po co się
wtrącasz? Po co próbujesz mi pomóc? Nie widzisz, że nie potrzebuję tego?
Naprawdę tego nie widzisz?! Dam sobie radę! Daję ją od kilku miesięcy i nie
potrzebuję twojego umartwiania się, twojej litości, twojej rodziny! I… I… I
koszulę mi spaliłeś, bydlaku jeden! Moją ulubioną!
Tak,
tak, zbliża mi się okres. Pewnie dlatego bezmyślnie cisnęłam w niego tymi
wszystkimi słowami, a w oczach zaczęła mi się zbierać woda. Pod koniec nawet
głos mi się lekko zdławił, co musiał wyłapać, bo spojrzał na mnie z takim
niedowierzaniem, jakbym co najmniej właśnie wyznała, że urodziłam się jako
Kornel. Pociągnęłam nosem, starając się powstrzymać łzy.
-
Nela…
-
Boże, ile ty gadasz! – Znów krzyknęłam, lecz na próżno i tym razem liczyłam, że
się nie odwdzięczy. Zrzucił z twarzy niespokojny wyraz, który zastąpiła solidna
złość. Tak, pan Morgenstern poczerwieniał, zacisnął szczęki i puścił parę
nosem.
-
Jesteś niemożliwa! – Huknął, aż mnie ciarki przeszły. – Chcesz znać moje
zdanie? O sorry, kogo ja pytam, oczywiście, że nie chcesz! Bo ty nie słuchasz
nikogo innego, tylko siebie i nie dopuszczasz do siebie myśli, że możesz się
mylić. Ale powiem ci: nie dasz sobie rady. Już nie dajesz. Starasz się być
twarda, ale prawda jest taka, że jesteś mocna tylko w słowach. Nie patrz tak na
mnie, to wszystko da się wyczytać z twojej twarzy. Nie masz pojęcia, na jaką
zagubioną wyglądałaś w Titisee. Nie widziałaś strachu na swojej twarzy, gdy
musiałaś zostawić Benjamina i wsiąść do samolotu. Jasne, starasz się nad
wszystkim panować, ale to samo wymyka ci się spod kontroli. Spójrz, jak łatwo
dałaś się podburzyć choćby wspomnieniem o rodzinie, wystarczyło jedno słowo…
-
Skończyłeś?
Okno
było zamknięte, niemożliwe, abym trzęsła się tak bardzo z zimna. Powód raczej
był jeden i patrzył właśnie na mnie. Wydaje mu się, że mnie przejrzał?
Chciałby.
-
Czuły punkt, co?
-
Wystarczy twojej zabawy w psychologa, wynocha. – Wskazałam na drzwi, oczekując,
że moja „prośba” zostanie spełniona. W porządku, zrobił jeden krok, ale nie w
stronę progu, tylko w moją. – Nie słyszałeś?
-
Zastanów się dokładnie, masz całą noc.
-
Nad niczym nie będę się zastanawiać, Morgenstern. Zajmij się swoimi sprawami i
przestań bawić się w mojego przyjaciela!
To
go ubodło. Zatrzymał się w połowie odległości między nami. Tlące się w jego
oczach rozczarowanie na chwilę obecną nie ruszało ani kawałeczka mojego
sumienia. Chciałam tylko jednego: aby zniknął mi z oczu i pojawił się przed
nimi dopiero w Oberstdorfie. Wtedy mi już przejdzie, jemu pewnie też, będziemy
mogli kontynuować naszą jakże dziwną znajomość.
-
Okej – wypowiedział całkiem cicho i ledwo dosłyszalnie. – Okej, nie będę bawił
się w twojego przyjaciela. Nie jestem nim, racja, przecież nawet nie próbuję nim
być. Ślepo myślałem, że może jednak nad tym popracujemy, skoro doszliśmy do
wniosku, że coś nas łączy. Głupi jestem, co? – Uśmiechnął się jakoś tak
żałośnie, co wywołało u mnie nieprzyjemny ucisk pomiędzy żebrami.
-
Nie bierz mnie pod włos.
-
Och, wybacz, to ta szczerość, jakoś nie mogę nad nią zapanować – zironizował,
prychając w powietrze. – Nie polecam.
-
Przestań!
-
Już! Koniec! Wychodzę! I wiesz co? Życzę ci cholernie wesołych świąt! Z dala od
rodziny, z dala od ludzi, którzy chcą ci pomóc, z dala od wszystkich! Tylko ty
i ten twój Londyn! Normalnie materiał na świąteczny film! – Chwycił za klamkę,
po raz ostatni obracając się w moją stronę. – I przyjemnego lotu życzę, co by
nie trzęsło za mocno.
Wyszedł,
robiąc przez korytarz całe dwa kroki, aby znaleźć się we własnym pokoju. Stanęłam
w futrynie, łapiąc ostatnimi spojrzeniami sylwetkę blondyna, który właśnie przekraczał
swój próg.
-
Palant!
-
Wariatka!
-
Skończony dupek!
-
Obrażona na cały świat szajbuska z przerośniętym ego!
-
Żegnam!
-
Nie! To ja żegnam!
-
I wesołych świąt!
-
Żebyś wiedziała, że takie będą!
-
Och, nie mam wątpliwości!
-
O której masz samolot?!
-
O jedenastej!
-
Fantastycznie!
-
Świetnie!
-
Do widzenia!
-
I szczęśliwego Nowego Roku!
Trzask
jednych a potem drugich drzwi zatrząsł budynkiem w posadach. Jeszcze przez
długą chwilę wpatrywałam się w białe drewno, próbując zrozumieć sytuację sprzed
chwili, ale zamiast zrozumienia, pojawił się okropny ból głowy. Wypuściłam
nadmiar powietrza z ust i oparłam się plecami o drzwi, by zjechać po nich na
ziemię i dać upust emocjom. Szkoda, że były one takie mokre i strasznie piekły
w oczy.
A
potem zdałam sobie sprawę z tego, jak wielką idiotką jestem.
Przecież
Nowy Rok spędzimy w Garmisch-Partenkirchen!
* * *
wszystkie drogi, którymi musimy kroczyć, są kręte
wszystkie światła, które nas prowadzą, oślepiają
jest tyle rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć
ale po prostu nie wiem jak to zrobić
* * *
Zmień się, zmień
się, zmień się!
Gapiłam
się w tablicę informacyjną, jakby miało to sprawić, że mój lot do Londynu nagle
zostanie przywrócony do rozkładu. W takiej sytuacji stwierdziłam, że nawet
modlitwa do wielkiego B. mi nie pomoże. W dodatku jakieś tłuste austriackie
dziecko, które siedziało na krzesełku obok zaczęło wiercić się, jakby ktoś mu
wsadził grabie w tyłek. Nie dość, że opluło mi kurtkę Snickersem, to dodatkowo
darło się do swojej równie przysadzistej matki, kopiąc jednocześnie moją
walizkę. I już miałam gówniarza brać za chabety, gdy rozległ się dźwięk
oznajmiający komunikat. Jak na komendę podniosłam się do góry.
Odwołali.
Całkowicie. Te austriackie lotnicze patałachy odwołali całkowicie mój lot do
Londynu przez głupie śnieżyce! Wszystko mi opadło. Tyłek na krzesełko, ręce na
kolana, spięte ramiona, cycki, wszystko. Dzieciak z ADHD znowu zaczął się
drzeć, jego matka jeszcze głośniej, a kilkoro innych turystów pokręciło głowami
i zaczęło kierować się do wyjścia. Przez krótką chwilę zastanawiałam się co
zrobić. Czy iść za nimi i znaleźć sobie jakiś nocleg? Czy może dalej czekać na
jakiś inny samolot? Polecieć gdziekolwiek, byleby nie spędzać tych świąt na
lotnisku? Nie wiem, do ciasnej cholery, co mam ze sobą zrobić. Czy może być
gorzej?
Ależ
oczywiście, że tak.
Podciągnęłam
nosem, otarłam łzy, jakby miał je zauważyć i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
-
Co chcesz?
-
Jak Londyn?
-
Zajebisty, Big Ben jak marzenie.
W
słuchawce zaszumiało jego ciche westchnięcie. Gdyby przede mną stał, to pewnie
patrzyłby na mnie w tym momencie z miną w stylu „baba, głupia baba!” i kręciłby
głową z politowaniem.
-
Gdzieś ty utknęła?
-
Thomas, dam sobie radę.
-
Nie pytam o to, czy dasz sobie radę, tylko gdzie jesteś?
Wypuściłam
powietrze przez usta i rozejrzałam się po hali lotniska. Ludzi zdecydowanie
ubyło. Nawet grubasek z krzesełka obok ruszył swój tłusty tyłeczek i za rękę
udał się z matką w stronę wyjścia. Nieliczne osoby rozkładały obozowiska, ale i
tak hala prawie opustoszała.
-
Cały czas na lotnisku.
-
Dziewczyno…
-
Co? Co znowu?
-
Proszę, nie ruszaj się. Daj mi godzinę i przyjadę.
Aż
poderwałam się z miejsca z paniką w oczach i krzyknęłam na pół lotniska, że
chyba go pojednało.
-
Thomas, nie!
Bawiło
go to. Śmiał mi się bezczelnie do słuchawki, gdy mówiłam mu, że jest wariat i
skończony dupek. I śmiał i śmiał, a ja wciąż krzyczałam, by się nie ruszał, by
dał mi umrzeć w spokoju na plastikowym krześle, bo ja nie chcę i koniec kropka.
Aż w końcu usłyszałam odpalanie silnika i dobitne „czeka na mnie”, po czym
Morgenstern się rozłączył. Tak zwyczajnie. Powoli usiadłam na tyłku wciąż z
komórką przy uchu i przeanalizowałam sobie w głowie każde pojedyncze słówko
Austriaka. Gdzieś pomiędzy „idiotka” a „skończona kretynka” powiedział, że
spędzę święta u niego. U NIEGO. Z jego rodziną. Wody! Arszeniku! Cokolwiek!
Naprawdę
przyjechał.
Wkroczył
na halę tego niewielkiego lotniska, rozglądając się na wszystkie strony. Im był
bliżej, tym bardziej zapadałam się w krzesełko, zasłaniając twarz dłońmi. A nóż
widelec mnie nie zauważy i wróci do siebie. A potem wspaniałomyślnie już nigdy
więcej nie odbiorę jego telefonu. Toż to genialny plan.
-
Boże, Nela. Ty biedny dzieciaku.
Rozchyliłam
palce środkowy i serdeczny, by przez prawe oko dojrzeć Thomasa i jego
rozczulony moim widokiem wyraz twarzy. Aż mnie coś ścisnęło w żołądku. I nie
jestem pewna, czy to poczucie winy, że ten oto osobnik targał się ileś
kilometrów, by mnie stąd zabrać, czy może to z głodu, bo nie jadłam od siedmiu
godzin.
-
Pomyłka.
-
Wstawaj. Jedziemy.
Z
racji, że nie wstałam, Morgenstern chwycił mnie za ramiona i jednym ruchem
podniósł z krzesła. Potem odjął moje ręce od twarzy i spojrzał na moją,
wykrzywioną żałośnie, twarz. Usta lekko mu zadrżały w śmiechu, na co tylko
wydęłam dolną wargę i wbiłam wzrok w swoje buty. Z całą moją pewnością siebie i
wizerunkiem twardzielkinbyło mi potwornie głupio. Ja i mój upór nie daliśmy za
wygraną, musiałam postawić na swoim wykłócając się z nim o własne racje. A
teraz stoi tutaj przede mną z miną „a nie mówiłem?” i sama już nie wiem, czy
chciałam, aby mnie stąd zabrał, czy wolałam unikać jego spojrzenia. A on tak po
prostu przyjechał i wręcz oświadczył, że Boże Narodzenie spędzę u niego.
-
Morgenstern, to nie jest dobry pomysł.
-
Ale jedyny, prawda? – odpowiedział rześko i chwycił za rączkę mojej walizki. Widząc, że w bezruchu
gapię się na niego, przewrócił oczami i westchnął. – Nela, jest Wigilia…
-
Właśnie, jest Wigilia. A ty stoisz tu ze mną, zamiast być w domu z rodziną. To
jest bardzo nie w porządku wobec twoich rodziców, którzy pewnie chcieliby
spędzić z tobą trochę więcej czasu.
-
Tak więc nie traćmy go. Chodź!
-
Nie, puść, Thomas… - jęknęłam cicho i jednym ruchem wyrwałam się blondynowi,
gdy pociągnął mnie za kurtkę. – To twoja rodzina. Mnie nie powinno tam być.
-
A ja uważam, że to jest właśnie miejsce, w którym powinnaś się znaleźć.
-
Wracaj do domu, do rodziców, proszę.
Uśmiechnął
się z politowaniem.
-
Nie ruszam się bez ciebie.
Pokręciłam
energicznie głową.
-
Nie, ty nic nie rozumiesz!
-
To mi wytłumacz! – Na wpół krzyknął z bezsilnością rozkładając ręce. – Nela,
tak bardzo próbujesz być samodzielna i okazywać wszystkim, że dasz sobie radę,
ale tak wcale nie jest! Przestań odtrącać moją pomoc, bo aż mnie boli, gdzieś
tutaj, wiesz? – Położył dłoń na sercu, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Nie
wiem, co jest powodem tego, że nie chciałaś pojechać do Polski. Powiedzmy, że
na chwilę obecną nawet nie chcę wiedzieć. Ale, do cholery, jeśli zaraz nie
ruszysz tyłka i nie pojedziesz ze mną do Seeboden, to przyrzekam ci, że zawiozę
cię tam siłą. I naprawdę nie będzie mnie obchodziło, czy tego chcesz, czy nie!
-
Ale…
-
Koniec uciekania, Nela. Słyszysz? To koniec.
Miałam
wielką ochotę go pocałować. Jak w filmach. Rzucić wszystko, co miałam w rękach,
podejść do niego i tak cholernie mocno pocałować na oczach tych wszystkich
ludzi dookoła, że odruchowo zrobiłam krok do przodu. Thomas najwyraźniej uznał
to za zgodę, bo kiwnął głową, wziął walizkę i popędził w stronę wyjścia. A ja
za nim, choć kompletnie nie wiedziałam, co robię.
* * *
może to ty będziesz tym, który mnie uratuje
i mimo wszystko
jesteś moim wybawieniem
*
Miałam poczekać z publikacją do wtorku,
ale niech już stracę. :D
I szczerze? Lubię to, bo w tym rozdziale
czułam tę Nelę, co w pierwszych rozdziałach. Pisało mi się przyjemnie i bez
problemów. A ostatni akapit został napisany jeszcze w grudniu, gdy całe
opowiadanie istniało tylko w mojej głowie i fabuła miała wyglądać nieco
inaczej. Ale serio, jestem zadowolona, zapamiętajcie ten dzień!
PS. Są wakacje. A ja mam marzenie. Mam
marzenie poznać wszystkie moje czytelniczki. Jeśli tam jesteście, to dajcie
jakiś znak, jak Wam się podoba, co sądzicie etc. Byłoby mi niezmiernie miło
wiedzieć, do kogo piszę. :)
Ściskam! I dziękuję za każde słowo,
jesteście najlepsze.